Tag Archives: Monia

Chorwacja, bajeczna Chorwacja

P1100035

Parę dni przed wyjazdem znajoma powiedziała: zobaczysz, raz pojedziesz do Chorwacji, a już  nigdzie indziej nie będziesz chciała spędzać urlopu… Uśmiechnęłam się i z lekką nutą sarkazmu w głosie odrzekłam: jasne… A teraz uśmiecham się sama do siebie: widzisz kobieto, puchu marny, stałaś się statystycznym człowiekiem którego zachowania są przewidywalne – w tym roku PONOWNIE planuję wakacje w Chorwacji.

O Pieninach słowa trzy

O Pieninach można godzinami,  można i w słowach trzech. Oto co mówią nam przepastne przewodniki – w paśmie wapiennych gór Pieniny, przeciętych przełomową doliną Dunajca, w 1954 roku został utworzony Pieniński Park Narodowy. Tu na małym obszarze skupiła się niezwykła różnorodność biologiczna, rozmaite formy rzeźby terenu oraz bogate dziedzictwo kulturowe. Położone na granicy Karpat Wewnętrznych i Beskidów, są fragmentem długiego, bo około 600 kilometrowego pasa skałek wapiennych, ciągnących się łukiem od Bratysławy po Marmarosz w Ruminii. Dzielą się na trzy człony: Pieniny Spiskie z Niedzicą, Pieniny Właściwe od Niedzicy i Czorsztyna po Krościenko i Szczawnicę, oraz Pieniny Małe na wschód od przełomu Dunajca. Pieniny to miniatura gór wysokich, niewątpliwy klejnot polskiego krajobrazu, będący swoistym bonzai. Najwyższy szczyt Pienin -Trzy Korony (982 m n.p.m.), swą nazwą przywodzi na myśl trzy miejsca, które koniecznie trzeba, będąc tu odwiedzić.


fot. Tomek spływ Dunajcem

Niewątpliwie największą atrakcją Pienin są wycieczki Przełomem Dunajca, które od lat cieszą się dużym zainteresowaniem turystów. Przełom Dunajca uważany jest za jeden z najpiękniejszych zakątków nie tylko w Polsce, dlatego też stanowi pomnik przyrody o światowym znaczeniu. W okolicach spływu znajduje się kilka urokliwych miejsc, związanymi z legendami. Na przykład na początku przełomu, gdzie koryto Dunajca jest węższe, znajduje się Skok Janosika, a rzeka, mająca tu szerokość zaledwie 10 metrów, osiąga głębokość 12 metrów. Po drodze mijamy  Siedmiu Mnichów, położone na zboczu Holicy (828 m) wysokie na 80 metrów wieże skalne. Wreszcie pod koniec spływu pod skałą Sama Jedna, zobaczymy tryskające źródło krasowe Stuletnia Woda, źródło nie zamarzające nawet zimą. Podanie głosi, że ten, który się z niego napije, dożyje stu lat.


fot. Monia z Sokolicy

Korzystając z przewoźnika i łodzi, spływając ze Szczawnicy Dunajcem, dostaniemy się na szlak wiodący na Sokolicę i wspomniane Trzy Korony. Trud wspinaczki na Sokolicę (747 m. n.p.m.) szlakiem, zabezpieczonym metalowymi poręczami, wynagradza wspaniały widok na przełom Dunajca, Pieniny Środkowe, Małe Pieniny, Magurę Spiską, Tatry Bielskie i Tatry Wysokie. Wstęp na oba szczyty jest płatny, bilet upoważnia do wejścia na drugi szczyt w tym samym dniu. Znakiem rozpoznawczym Sokolicy, jest reliktowa sosna pod samym szczytem – kolejne swoiste bonzai.


fot. Kinga Niedzica

Tak jak największą atrakcją Pienin są wycieczki Przełomem Dunajca, tak najpiękniejszą i najbardziej osobliwą legendą tych stron, jest ta o Białej Damie, księżniczce Uminie, strzegącej skarbu Inków. Ten pięknie położony nad Dunajcem okazały zamek, stoi na wysokiej skale (566 m n.p.m.) ciesząc wzrok swą wapienną bielą. Archeologiczne ślady dowodzą, że w postaci drewnianej strażnicy, stał tu już od XIII wieku. Razem z sąsiadującym czartoryskim, tworzą typowe orle gniazda:


fot. Paweł Yaho Niedzica

Z dwóch tarasów widokowych rozciąga wspaniały widok na Pieniny, zaporę, zamek czorsztyński a nawet Tatry. Niestety nie ma wejścia do większości zamku dolnego z dwiema basztami, ponieważ ten obszar jest użytkowany przez Stowarzyszenie Historyków Sztuki oraz hotel. W sezonie do zwiedzania możliwy jest jeszcze spichlerz ze sztuką ludową Spisza, a jedną z ciekawostek jest fakt, że pod zamkiem górnym znajdowało się więzienie, w którym podobno więziony był  nawet Janosik – jeszcze dziś można zobaczyć tam dyby – ew

Puste miejsca


fot. Monia ostatnie schronisko przed Mont Blanc, Alpy

Puste miejsca

Do przeszłości często powracam, przybywam
I jak gość nieproszony, pokornie
O jałmużnę wyciągam rękę…

Do przeszłości powracam, tamtej odległej -
- bliskiej; memu sercu najbliższej.
Idę na wojnę, by z niej nie powrócić,
Powracam z niej zwyciężony lecz niepokonany.

Szukam tej ciszy w śpiewie skowronków
I jej nie odnajduję…
Podchodzę tak bardzo blisko,
By znów się jeszcze bardziej  oddalić.

Zapełnić miejsca… te miejsca,
Te puste szkolne ławki,
Te opuszczone fontanny w parku,
I te krzesła przy stołach biesiadnych.

Niedokończone rozmowy…
Przerwane tańce…
I obiad zjedzony na szybko…
I te gorzkie pożegnania na zawsze…

Tam zaglądam jeszcze,
Bo tutaj już jestem
A tam ciągle i na wieki!
MonsieurLaPadite
30 lipiec 2010

Sic transit gloria mundi

Autobus zajechał pod schronisko w Morskim Oku. Pierwsze co zrobiłem udałem się do recepcji, gdzie przydzielono mi czwórkę, pokój, jak się później dowiedziałem przeznaczony dla szczególnych gości. Na szczęście w recepcji nie było Dziuni, która wie wszystko, bo wtedy dostałbym miejsce gdzieś na strychu w starym schronisku. Mieszkał tam już p. Suleja, taternik i pełniący obecnie dyżur ratownika TOPRu. Zajmował w nim już łóżko pewien malarz, który zwierzył mi się, że maluje góry wyłącznie z natury a nigdy na podstawie fotografii,  jak to czynią teraz wszyscy młodzi malarze. Ta jego pasja doprowadziła go kilka dni później do ciężkiego okaleczenia, kiedy wspinając się na Czarny Staw poślizgnął się i poważnie potłukł a teraz kurował się leżąc w łóżku. Od niego dowiedziałem się, że można sfotografować pejzaż a potem pomalować go farbą olejną i uzyskać w ten sposób obrazek olejny. Mam kilka takich na ścianie. Trzecim naszym współlokatorem był Andrzej Heinrich, zwany powszechnie Zygą. Nieznany jeszcze opinii publicznej, ale wśród taterników cieszący się szeroką sławą. Sławę uzyskał później po wkoszeniu skrajnie trudnych dróg na Kazalnicy Mięguszowieckiej oraz wejściu na szczyty himalajskie jak np. Kunyang Kish w 1979r.  Zginął w roku 1989 pod M. Everestem, gdy udał się na pomoc G. Chrobakowi i A. Marciniakowi. Temu ostatniemu udało się wówczas uratować, ale w roku 2009 zginął na Pośredniej Grani w Tatrach Słowackich. Pochodzący z Bielska Gienek Chrobak żył jeszcze kilkanaście godzin, jednak nad ranem umarł z powodu ciężkich obrażeń.

Na drugi dzień dotarła do nas wiadomość, ze jacyś taternicy wzywają pomocy, gdzieś tam na Żabim Wyżnim Szczycie. Zwrócił się do nas wówczas P. Suleja z pytaniem czy weźmiemy udział w akcji ratowniczej. Oczywiście zgodziliśmy się od razu. Zapytałem tylko czy już mam się przygotowywać do wyjścia. Wtedy P. Suleja odpowiedział mi, że mamy czas do nadejścia zmroku, gdyż po zmroku płacą wyższe diety. Gdy wreszcie doczekaliśmy zmierzchu, okazało się, że pomoc nie jest konieczna, ponieważ obok przechodziła kompania J. H. i zdjęła ze ściany wzywających ratunku. Kim był Janusz H. Urodził się we Lwowie a gdy przekraczał  granicę Polsko-Czechosłowacką, oczywiście nielegalnie, zawsze intonował marsz: „W dzień deszczowy i ponury, Z Cytadeli idą z góry, Szeregami lwowskie dzieci, Idą tułać się po świecie.” Ignorując kryjących się w krzakach filanców. Później J.H. dał się poznać jaki zdolny chemik i producent amfiteaminy, co go kosztowało kilka lat odsiadki. Jak widać zdolny był do wszystkiego. Następnym epizodem w jego życiu był udział w grupie taterników, którzy jakoby wiedzieli, kto strzelał do górników w kopalni Wujek. Była to sprawa znana pod nazwą „tajemnicy taterników”.

Kilka dni później zgłosił się do mnie taternik, który by chciał wspinać się na Mnicha drogą zwaną  „wariantem R”. Nigdy nie myślałem o takiej drodze, ale gdy prosi mnie Jan Junger nie mogłem odmówić. Droga ta była uważana wówczas za najtrudniejszą w Tatrach. Wyszliśmy rano, ale nie spiesząc się. Ominęliśmy dolną część jako zbyt łatwą, gdy zaś przyszła na mnie kolej by poprowadzić, okazało się, że nie mam pętli nylonowej, więc nie namyślając się długo użyłem sznurówki wyciągniętej z buta. I wszystko by się skończyło dobrze, gdybym pamiętał, aby tej pętelki sznurówkowej nie obciążać całym ciężarem ciała. Niestety zapomniałem i błyskawicznie sfrunąłem 10 metrów w dół, ku uciesze gapiów w  Morskim Oku, którzy obserwowali nas, a byłem doskonale widoczny w czerwonym swetrze.

Ponownie użyłem drugiej sznurówki, dobrze, że miałem dwa buty, jednak zwinąłem ją w czterokrotną pętlę i tym razem się udało. Jeszcze tylko przewieszka w kształcie sufitu i już witałem się z gąską, ale ona nie była taka łatwa i musiałem się namęczyć by ją pokonać. No i nareszcie za mną były słynne nity, które umieścił tam Momo, słynny Cz. Momatiuk, który wrobił mnie w skarbnika Klubu a potem wyjechał do Nowego Jorku, by tam zarabiać jako robotnik wysokościowy. Przynajmniej nie miał lęku wysokości. Niestety noga mu się powinęła i spadł do silosa z cementem. Był to rok 1972. Sic gloria transit mundi.

Resztę wariantu pokonał Junger, uwieczniony na fotografii w książce Reinholda Messnera, jako jeden z trzech Polaków. Jasiu umarł w roku 2005 roku po rozległym zawale serca.

Najgorsze zaczęło się dla mnie po zdobyciu „era”. Zaczęli nachodzić mnie wspinacze i proponować wspólną wspinaczkę.

Pierwszy zgłosił się Krzysiek Cielęcki i zaproponował mi wejście na Mięgusza filarem północnym. Z radością się zgodziłem, bo to było marzenie każdego wspinacza. Nazajutrz skoro świt wyruszyliśmy na drogę określaną u Paryskiego jako nadzwyczaj trudną i trwająca 10 godzin. Po dojściu do stóp filara, zanim zdążyliśmy się rozpakować zaczął padać deszcz. Krzysiek okazał się rozsądnym człowiekiem i zgodnie zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. W roku 1973 mój niedoszły partner zginął w wypadku samochodowym w Warszawie.

Jako następny zgłosił się do mnie Kazimierz Głazek i zaprosił do wspólnego przejścia drogi Paszuchy i Łapińskiego na Kazalnicy Mięguszowieckiej. Tego Łapińskiego, który po wojnie był  kierownikiem schroniska w Moku i mężem Dziuni, która wie wszystko. Droga ta określona jako skrajnie trudna, o czasie przejścia 7 godzin. Głazek później zdobył jako jeden z pierwszych Polaków szczyt w Karakorum o nazwie Broad Peak Midle (8016 m). Był to pierwszy zdobyty przez Polaków dziewiczy ośmiotysięcznik. Tragedią tej wyprawy było to, że z pięciu zdobywców tego szczytu trzech zginęło podczas zejścia. K. Głazek umarł w czasie wyprawy do Tunezji w roku 2005.

W zimie roku 1964 zaproponował mi Henryk Horak, młody świetnie zapowiadający się taternik, wspinaczkę zimową. Znał się również na botanice. Kiedyś w lecie, gdy podchodziliśmy do drogi Stanisławskiego na Mnichu, pokazał mi ziele i powiedział: „To jest litwor, magiczne zioło” i nie pytając mnie czy chcę, czy nie, wyrwał z korzeniem oraz dał mi. „Wiesz co z tym zrobić?” – Wiedziałem tylko tyle, że trzeba to wrzucić do spirytusu i zrobić z tego litworówkę.

Wtedy w zimie zaliczyliśmy  kilka dróg, w tym  Cubrynę lewym filarem i Niżne Rysy północno zachodnią ścianą. Horak zginął na Galerii Gankowej w lecie tego samym roku – Psi Ząb
www.kazir.blog.onet.pl
fot. Monia Czarny Staw Gąsienicowy, Tatry
fot. ewolny Kopalnia Wujek, K-ce Brynów

Wiersz „Do Sosny Polskiej”

„Pielgrzymka górali z Polski ofiarowała papieżowi Janowi Pawłowi II sosenkę. Drzewko zostało posadzone w 1985 r. w Ogrodzie Watykańskim, niestety uschło. Ten wiersz przywiózł do kraju Prymas Józef Glemp” – LaPadite

Do Sosny Polskiej

Gdzie winnice, gdzie wonne pomarańcze rosną,
Ty domowy mój prostaku, zakopiańska sosno,
Od matki i sióstr oderwana rodu,
Stoisz, sieroto, pośród cudzego ogrodu.

Jakże tu miłym jesteś gościem memu oku,
Bowiem oboje doświadczamy jednego wyroku.
I mnie także przeniosła pielgrzymka daleka.
I mnie w cudzej ziemi czas życia ucieka.

Czemuś-choć cię starania cudze otoczyły,
Nie rozwinęła wzrostu-utraciła siły?
Masz tu wcześniej i słońce, i rosy wiośniane.
A przecież twe gałązki bledną pochylane.

Więdniesz, usychasz,
smutna wśród kwietnej płaszczyzny
I nie ma dla ciebie życia,
bo nie ma Ojczyzny. Drzewo wierne!

Nie zniesiesz wygnania, tęsknoty
Jeszcze trochę jesiennej i zimowej słoty,
A padniesz martwa-obca ziemia cię pogrzebie-Drzewo moje!
Czy będę szczęśliwszy od ciebie?
Stefan Witwicki
(1801-1847)

fot. Monia Pieniny
Zobacz również:
- Wybrzeża pełne ciszy – Karol Wojtyła

Ptica od gwoździ z krzyża…

Rudzik to ptak w rdzawej bandamce pod szyją, odkąd poranił się boleśnie do krwi, gdy chcąc ulżyć w cierpieniu Ukrzyżowanemu, próbował wyciągnąć Mu gwoździe z krzyża…

Wiosna, Wielkanoc a wraz nią rzewne wspomnienie tego ptaszka, który właśnie teraz przylatuje do nas, by od razu zacząć swe ptasie trele. Usadowiony w widocznym miejscu koncertuje miłym dla ucha, falującym głosem. Tego „melancholijnego świergotu o zmiennym tempie, z opadającymi frazami, perlistymi trelami i gwizdami nie da się oddać słowami – to trzeba usłyszeć”. Według ptasiego budzika, usłyszeć go można o godz 3.10 nad ranem. Niestety nie zawsze sprawdza się to w miastach, bo te rządzą się swoimi prawami – wiadomo, sztuczne oświetlenie zaburza odwieczny rytm dzień-noc.

Maszerując onegdaj po górach napotkałam przynajmniej trzy takie barwne osobniki, ale niestety już leżące martwo wzdłuż ruchliwej drogi. Niezmierna szkoda, że martwe a nie podczas ptasiego koncertu lub jak u Moni na tatrzańskiej żerdzi.

Zaczęliśmy się zastanawiać co mogło być tego przyczyną. Być może zabił je pęd przejeżdżających samochodów, autobusów. Trudno powiedzieć jednak czy tak było w istocie, bo rudzik orientuje się według pola magnetycznego ziemi, co umożliwiają mu kryształki magnetytu położone w przodzie głowy. Ptaki te nie wyglądały jak pisklęta, które wypadły z gniazd, bo po pierwsze były starsze, a po drugie rudziki najczęściej przebywają nisko przy ziemi. Gniazda budują także tuż na niej, pod krzewem, między korzeniami drzew lub w połamanych drzewach. Łatwo je było nazwać bowiem obie płci ubarwione są jednakowo – najbardziej charakterystycznym elementem upierzenia jest ta zdradzająca ich imię rdzawa pierś, gardło i boki głowy. Według legendy to właśnie efekt zaprzestania mycia ran w strumieniu, gdy zobaczył on swe odbicie w tafli wody.

Martwe leżały w liczbie, która niepokoiła i zastanawiała. Bo przecież rudzik jest pod ścisłą ochroną, to ptak z rodziny drozdowatych. Parafrazując zatem „Zabić drozda”, to jakby zabić kogoś z jego rodziny… A ptaki nie tylko dla nas pięknie śpiewają. Ci bracia mniejsi zapylają kwiaty, roznoszą nasiona oraz pomagają eliminować gryzonie, owady, nasiona chwastów i inne szkodniki. Gatunki padlinożerne uczestniczą w recyklingu substancji odżywczych, sprzątają martwe, rozkładające się zwłoki zwierząt, które stanowią źródła chorób. Co będzie, gdy ich zabraknie? – ew
fot. Monia Tatry

Saint Patrick’s Day – pochód




Irlandia fot. Monia

Éire, Ireland, Irlandia

Byłam, widziałam i… wiem, że tam wrócę. Szmaragdowa wyspa piękna nawet zimą – zielona, majestatyczna w swej kamiennej szarości…




Każdy zakątek ziemi wart jest poznania, a jak poznawać to najlepiej wsiąść w samochód i jechać przed siebie omijając miejsca z przewodników. W Irlandii komunikacja miejska odpada – tam idzie się na przystanek autobusowy z dobrą książką, kanapką i peleryną przeciwdeszczową i… i czekaj człowieku, może coś przyjedzie.  Rodacy moi mili – przestańmy narzekać na komunikację miejską w naszym pięknym kraju – przynajmniej obowiązują jakieś reguły. Tam rozkład jazdy autobusów wydano przez pomyłkę.
Rower, tak ukochany przeze mnie, a jak mi wiadomo również przez wielu odwiedzających ecodzien – również odpada – szerokość dostosowana do dwóch obracających się koło siebie krów dotrwała do XXI wieku i nie przewidziała jadącego rowerzysty krętą ścieżyną, zafascynowanego krajobrazami i mijającego go BMW jadącego 100km/h. To dozwolona prędkość na krętych drogach, gdzie zasady ruchu są określone jednym znakiem drogowym: „jedź ostrożnie”. Pozostaje pełny bak w aucie, celtycka melodia z dudami w tle, aparat fotograficzny i jedziemy w stronę słońca.
Omijam więc wszystkie większe miasta, gdzie na kasie w sklepie siedzi Pan Piotr z Sopotu, w pubie piwo sprzedaje mi Magda z Poznania, a na półkach znajduję kapustę kiszoną i ogórki korniszone – to nie moja Irlandia.

Moja Irlandia jest nieskalana destrukcyjną mocą człowieka i postępu.

Ogromne przestrzenie, zakłócane jedynie siecią kamiennych murków, urwiste brzegi wyspy, cudowne lasy gdzie wszystko powleczone jest mchem i bluszczem. Moja Irlandia to nisko zawieszone chmury, przemykające z taką prędkością, że czynią każde zdjęcie inne przez grę światła. Moja Irlandia to pełne wzgórza owiec puszczonych samopas, frytki z octem balsamicznym! Sielanka. Kiedy tam jesteś, zatrzymujesz samochód co paręset metrów natchniony chwilą, widokiem, odmiennością, bierzesz aparat do ręki i nie musisz czekać, aż przewinie się tłum turystów, tubylców czy inne istoty  – jest cisza, pustka słyszysz tylko wiatr…  wszechobecny, przeszywający, bezlitosny WIATR!
fot. Monia Irlandia

Uroda celtycka, muzyka celtycka… „Whiskey in the Jar”

Irlandia fot. Monia


„Whisky w szklanicy”

Wędrowałem raz przez wzgórza wokół Cork i Kerry
I napotkałem kapitana Farrella, który właśnie liczył pieniądze
Załadowałem pistolet i rapier
I krzyknąłem „dawaj forsę, bo poślę cię do diabła!”

Wziąłem wszystko, co miał, a było trochę grosza
I zaniosłem to do domu, gdzie czekała na mnie Molly
Przysięgła, że zawsze będzie mnie kochać i nigdy mnie nie opuści
Ale niech będzie przeklęta za to, jak mnie zbałamuciła

Pif-paf, bum-bum
Kulka w łeb, kulka w łeb
Szklanica pełna whisky

Pijany i zmęczony udałem się do pokoju Molly
Zabrałem ze sobą pieniądze, ale nie wiedziałem co mnie czeka
Około szóstej czy siódmej wszedł kapitan Farrell
Zerwałem się i nie czekając wypaliłem do niego z obu pistoletów

Pif-paf, bum-bum
Kulka w łeb, kulka w łeb
Whisky w szklanicy

Jedni faceci lubią łowić ryby, drudzy wolą polować na ptaki
Jeszcze inni lubią odgłosy wojny
A ja najbardziej lubię sypiać z moją Molly
Niestety siedzę teraz w więzieniu, skuty łańcuchem

Pif-paf, bum-bum
Kulka w łeb, kulka w łeb
Szklanica pełna whisky
Thin Lizzy
Kliknij by odsłuchać -> TUTAJ

Wirtualna rzeczywistość


fot. Monia Alpy