Tag Archives: Paweł Yaho

Wyprawa do Bałtowa, czyli śladem czarciej stopy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Odległość Lublin – Bałtów przez Kamień (przeprawa promowa) 98 km, odległość Bałtów – Lublin przez Annopol (most na Wiśle) 120 km. Przeprawa promowa na Wiśle w rejonie miejscowości Solec i Kamień. Od ponad dziesięciu lat ludność miejscowa pisze do kolejnych premierów z prośbą o most w tym rejonie.

Polskie diabły miały czasem kopyta – zgodnie ze śródziemnomorską tradycją.  Czasem zaś trójpalczaste ptasie (odziedziczone po dinozaurach) stopy. Bałtowski czart przypominał pod tym względem Mefistofelesa, kuszącego Twardowskiego w karczmie Rzym „nos jak haczyk, kurzą nogę i krogulcze ma paznokcie…” Adam Mickiewicz Ballada o Pani Twardowskiej. Bardzo podobny trop, prawdopodobnie pozostawiony przez młodego akrokantozaura pochodzi z dolnokredowych wapieni z Teksasu, i nosi tam nazwę Eubrontes glenrosensis. Ślady takie bywają też określane nazwą Megalosauripus. W 2003 roku, na spągu Czarciej Stopki, odkryto ślad Wildeichnus, którego sprawcą mógł być mały, drapieżny dinozaur, kompsognat.

Diplodok – prosimy nie przechodzić za ogrodzenie!

Lublin w sposób nieoczywisty

Miniatura zniszczonej w czasie II Wojny Światowej wieży ciśnień na Placu Wolności:

Trójka – Polskie Radio Program III

1 kwietnia Trójka, Program Trzeci Polskiego Radia, obchodziła, jak co roku w tym dniu, swoje urodziny. W tym roku były to 49 urodziny mojej ukochanej stacji radiowej.

W pierwszych latach działalności, w latach 60-tych, Program Trzeci Polskiego Radia emitował zaledwie dwie godziny audycji na dobę. Teraz wydaje się to niebywałe, ba wręcz nie starcza doby, tyle jest ciekawych audycji w ciągu całego dnia, a przede wszystkim masa dobrej muzyki.

Moja przygoda z Trójką rozpoczęła się od słuchania, a potem nagrywania piosenek z Listy Przebojów Programu Trzeciego prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego w soboty w godz. 20.00–22.00. Listy Przebojów regularnie zacząłem słuchać (wpadając wręcz w uzależnienie) w kwietniu roku 1986. Do dziś pamiętam notowanie 210/211 z 5 kwietnia 1986 roku, w którym znalazły się takie hity jak „We Built This City” grupy Starship, „The Power of Love” Jennifer Rush, “West End Girls” Pet Shop Boys, “Mówię Ci, że” Tilt-u, “Rough Boy” ZZ Top czy debiutujący wtedy na liście Saxon z nieśmiertelnym “Broken Heroes”. Miejsce pierwsze okupował wtedy oczywiście Dire Straits z „Brothers in Arms”. Żeby oddać głos na swoich ulubionych 10 numerów trzeba było pójść na pocztę i wysłać kartkę ze swoimi typami. Teraz wystarczy odkliknąć swoich faworytów na stronie LP3 i już.

Marek Niedźwiecki (współprowadzący obecnie listę z Piotrem Baronem) stwierdził, że głosowanie internetowe bije obecnie rekordy pod względem ilości oddawanych głosów. W roku 1988 wsiąkłem wręcz w celebrowanie programu Mini-Max Piotra Kaczkowskiego. Program obfitował w klasykę rocka oraz nowości, które zawsze słuchane były przez prowadzącego wraz ze słuchaczami po raz pierwszy i na bieżąco komentowane i opisywane przez pana Piotra. Legendarne jest już rozpakowywanie na antenie przez Piotra Kaczkowskiego płyt CD z szeleszczącej folii. Program Mini-Max ukształtował gust muzyczny wielu tysięcy młodych ludzi. W tym roku Pan Piotr Kaczkowski skończył 65 lat i mimo przebytej ostatnio ciężkiej choroby ciągle jest w świetnej formie. Od kwietnia roku 2009 w przygotowywaniu i prowadzeniu audycji pomaga mu Leszek Adamczyk. W latach siedemdziesiątych do Trójki trafiły tak znakomite osobistości jak Grzegorz Wasowski, Jan Chojnacki, Janusz „Kosa” Kosiński, Wojciech Mann. Grzegorz Wasowski współtworzył w Trójce doskonały program Nie tylko dla orłów oraz współpracował od 2006 roku z Wojciecham Mannem przy programie Tanie Granie. Wasowski odszedł ze stacji w dowód solidarności z odwołanym w roku 2009 dyrektorem Krzysztofem Skowrońskim i do tej pory nie daje się namówić, swojemu przyjacielowi Wojciechowi Mannowi, do powrotu. Jan Chojnacki, twórca i prowadzący audycję „Bielszy odcień bluesa” w latach osiemdziesiątych prowadził w telewizji z Wojciechem Mannem poświęcony muzyce rockowej „Non Stop Kolor”. Kolejnego wielkiego człowieka muzycznego radia nie ma już wśród Nas, Janusz „Kosa” Kosiński zmarł w 2008 roku. W Trójce w latach 1970-2008 prowadził autorski program Odkurzone przeboje. W ostatnich latach życia związał się również z Antyradiem, w którym prowadził między innymi Antykwariat i AntyGalerię. Bardzo aktywną osobowością był i jest Pan Wojciech Mann. Dziennikarz muzyczny od lat 60-tych związany z Rozgłośnią Harcerską, a potem z Trójką. Współtworzył, prowadził i prowadzi w Trójce m.in. Zapraszamy do Trójki, Radiomann, Manniak po ciemku, niedzielne Tanie granie (na śniadanie) przemianowane po odejściu Grzegorza Wasowskiego na „Piosenki bez granic”. W piątkowe ranki Wojciech Mann doskonale wprowadza słuchaczy w weekendowy nastrój programem Zapraszamy do Trójki – ranek. W Piosenkach bez granic wydatnie wspiera go zasługujący na szczególną uwagę Pan Antoni Piekut. Pan Piekut to duch niespokojny, radiowiec, perkusista, maniak samochodowy, mówiący o wszystkim „prosto z mostu”, a wybierana przez niego do programów muzyka często zaskakuje współprowadzącego, Pana Wojtka. Z Trójkowych radiowców zawładnęła moją duszą jeszcze czwórka. Jedna kobieta, Aleksandra Kaczkowska (tak, córka Pana Piotra Kaczkowskiego), prowadząca nocą z soboty na niedzielę program Ciemna strona mocy. Wypełnia go muzyka Trip-hop, Ambitne, Tempo/Dub i Elektronika. Drugi to Pan Wojciech Ossowski wielki zwolennik metalu i cięższego grania w Trójce. Swoją audycją czaruje słuchaczy co dwa tygodnie nocą ze środy na czwartek. Osobliwości muzyczne to w założeniu program z muzyką folkową z całego świata, często jednak bądącą osnową dla mocnego rockowego grania. Pan Ossowski już od kilku lat postuluje powołanie do życia na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia Heavy Metalowej Listy Przebojów (ja jestem za). No i jeszcze dwóch Panów Waglewskich, ojciec i syn. Pan Wojciech Waglewski i Fisz (Bartosz Waglewski) prowadzą we wtorkowe wieczory Magiel Wagli, audycję wymykającą się wszelkim kategoriom. Serwują i muzykę trudną, wymagającą od słuchacza skupienia jak i utwory do tańca z całego świata. Jeden program może być cały poświęcony muzyce refleksyjnej, a drugi hip-hopowi. Bywa też tak, że Panowie prowadząc audycję wspólnie „ostro” mieszają style i gatunki i to też jest piękne. Wszystkich wyżej wymienionych łączy jedno – ogromna wiedza muzyczna.

Od audycji muzycznych Trójka kipi i nie sposób wszystkiego omówić, zaprezentować. Program Trzeci wyznacza standardy nie tylko w dziedzinie muzycznego radia, ale również reportażu radiowego, programów sportowych, jak choćby niedzielna Trzecia strona medalu, oraz rozrywki. Opierając się na danych z marca 2011 roku Trójka bije kolejne rekordy słuchalności, wygrywa ze stacjami pełniącymi funkcję tzw. radia „towarzyszącego”, które ma tylko „brzęczeć” w tle. Program Trzeci Polskiego Radia jest jedyny i nie powtarzalny. Ma stale rosnące grono słuchaczy i to nie tylko czterdziestolatków jak mówią różni złośliwcy. Trójka ma fanów, którzy gotowi są dla niej na wielkie poświęcenie i nie znam innej stacji, która na lata wiązałaby ze sobą słuchacza tak jak Program Trzeci – Paweł Yaho
www.madabautmusic.blogspot.com

O Pieninach słowa trzy

O Pieninach można godzinami,  można i w słowach trzech. Oto co mówią nam przepastne przewodniki – w paśmie wapiennych gór Pieniny, przeciętych przełomową doliną Dunajca, w 1954 roku został utworzony Pieniński Park Narodowy. Tu na małym obszarze skupiła się niezwykła różnorodność biologiczna, rozmaite formy rzeźby terenu oraz bogate dziedzictwo kulturowe. Położone na granicy Karpat Wewnętrznych i Beskidów, są fragmentem długiego, bo około 600 kilometrowego pasa skałek wapiennych, ciągnących się łukiem od Bratysławy po Marmarosz w Ruminii. Dzielą się na trzy człony: Pieniny Spiskie z Niedzicą, Pieniny Właściwe od Niedzicy i Czorsztyna po Krościenko i Szczawnicę, oraz Pieniny Małe na wschód od przełomu Dunajca. Pieniny to miniatura gór wysokich, niewątpliwy klejnot polskiego krajobrazu, będący swoistym bonzai. Najwyższy szczyt Pienin -Trzy Korony (982 m n.p.m.), swą nazwą przywodzi na myśl trzy miejsca, które koniecznie trzeba, będąc tu odwiedzić.


fot. Tomek spływ Dunajcem

Niewątpliwie największą atrakcją Pienin są wycieczki Przełomem Dunajca, które od lat cieszą się dużym zainteresowaniem turystów. Przełom Dunajca uważany jest za jeden z najpiękniejszych zakątków nie tylko w Polsce, dlatego też stanowi pomnik przyrody o światowym znaczeniu. W okolicach spływu znajduje się kilka urokliwych miejsc, związanymi z legendami. Na przykład na początku przełomu, gdzie koryto Dunajca jest węższe, znajduje się Skok Janosika, a rzeka, mająca tu szerokość zaledwie 10 metrów, osiąga głębokość 12 metrów. Po drodze mijamy  Siedmiu Mnichów, położone na zboczu Holicy (828 m) wysokie na 80 metrów wieże skalne. Wreszcie pod koniec spływu pod skałą Sama Jedna, zobaczymy tryskające źródło krasowe Stuletnia Woda, źródło nie zamarzające nawet zimą. Podanie głosi, że ten, który się z niego napije, dożyje stu lat.


fot. Monia z Sokolicy

Korzystając z przewoźnika i łodzi, spływając ze Szczawnicy Dunajcem, dostaniemy się na szlak wiodący na Sokolicę i wspomniane Trzy Korony. Trud wspinaczki na Sokolicę (747 m. n.p.m.) szlakiem, zabezpieczonym metalowymi poręczami, wynagradza wspaniały widok na przełom Dunajca, Pieniny Środkowe, Małe Pieniny, Magurę Spiską, Tatry Bielskie i Tatry Wysokie. Wstęp na oba szczyty jest płatny, bilet upoważnia do wejścia na drugi szczyt w tym samym dniu. Znakiem rozpoznawczym Sokolicy, jest reliktowa sosna pod samym szczytem – kolejne swoiste bonzai.


fot. Kinga Niedzica

Tak jak największą atrakcją Pienin są wycieczki Przełomem Dunajca, tak najpiękniejszą i najbardziej osobliwą legendą tych stron, jest ta o Białej Damie, księżniczce Uminie, strzegącej skarbu Inków. Ten pięknie położony nad Dunajcem okazały zamek, stoi na wysokiej skale (566 m n.p.m.) ciesząc wzrok swą wapienną bielą. Archeologiczne ślady dowodzą, że w postaci drewnianej strażnicy, stał tu już od XIII wieku. Razem z sąsiadującym czartoryskim, tworzą typowe orle gniazda:


fot. Paweł Yaho Niedzica

Z dwóch tarasów widokowych rozciąga wspaniały widok na Pieniny, zaporę, zamek czorsztyński a nawet Tatry. Niestety nie ma wejścia do większości zamku dolnego z dwiema basztami, ponieważ ten obszar jest użytkowany przez Stowarzyszenie Historyków Sztuki oraz hotel. W sezonie do zwiedzania możliwy jest jeszcze spichlerz ze sztuką ludową Spisza, a jedną z ciekawostek jest fakt, że pod zamkiem górnym znajdowało się więzienie, w którym podobno więziony był  nawet Janosik – jeszcze dziś można zobaczyć tam dyby – ew

Gary Moore 1952-2011 ♫ ♪♫

Odszedł od Nas człowiek, muzyk, artysta, wokalista. 06.02.2011 r. podczas wakacji w Hiszpanii zmarł Gary Moore. Moore był gitarzystą niebywale uzdolnionym, otwartym na różne gatunki muzyczne. Jego kariera i aktywność artystyczna spina ze sobą ponad trzy epoki rock-a i blueas-a.


Solowe wykonanie Parisienne Walkways przez Gary Moore-a, aż łza się w oku kręci jak się słucha tej gitary.

W latach siedemdziesiątych grał w irlandzkim zespole Skid Row, wtedy już osiągnął reputację zdolnego i bardzo sprawnego gitarzysty. Wtedy też poznał Phil-a Lynott-a, basistę, tekściarza i lidera Thin Lizzy. Panowie szybko się zaprzyjaźnili. W roku 1974 Gary Moore zostawił nawet swoje piętno w postaci utworu Still In Love With You (gra w nim na gitarze prowadzącej) na albumie „Nightlife”. Irlandzki gitarzysta często występował przy boku Lynott-a, ale krótko był stałym muzykiem Thin Lizzy. Druga połowa lat siedemdziesiątych to Moore gitarzysta i wokalista Colosseum II – drugiej odsłony brytyjskiej kapeli jazzrockowej. Lata osiemdziesiąte to początek kariery solowej Gary Moore-a, w której pomogł koledze Phil Lynott. W latach osiemdziesiątych gitarzysta zafascynowany muzyką heavy metal nagrał trzy doskonałe albumy iskrzące się od wystrzałowych, błyskotliwych solówek i pięknych melodii. Te albumy to Run for Cover (1985), Wild Frontier (1987) i After the War (1989). W 1990 roku Gary Moore wydał album „Still Got The Blues”. Płyta ta przyniosła mu nie tylko sławę, ale i pieniądze. Porzucił na niej ostre, pełne szalonych temp granie na rzecz stonowanych melodyjnych blues-rockowych utworów. Bluesowemu graniu pozostał wierny już do końca. Szerokiemu gronu słuchaczy z pewnością znane są jego rockowe ballady, w których wymyślaniu i wykonywaniu był mistrzem. Najbardziej znane to Parisienne Walkways (jeszcze z lat siedemdziesiątych zarejestrowany pierwotnie z Phil-em Lynott-em na wokalu) – obowiązkowy na koncertach Moore-a, Empty Rooms (album Victims of the Future 1983 r.), Still Got the Blues (album Still Got The Blues 1990 r.). W roku 1994 został zaproszony przez Jack-a Bruce-a i Ginger-a Baker-a, czyli 2/3 Cream do projektu muzycznego nazwanego później BBM, którego głównym zadaniem było granie na koncertach utworów Crem. Panowie nagrali nawet razem bardzo dobry premierowy album „Around the Next Dream”. Na początku XXI wieku Moore nadal pozostawał bardzo aktywnym wykonawcą, nagrywał nowe płyty dużo koncertował na całym świecie.

W 2008 roku wydał album „Bad for You Baby”. Moją ulubioną bluesująca płytę i chyba najostrzejszą wśród blues-rockowych dzieł Gary-ego. Już początek tego albumu to mocny, „kroczący” blues, którym rozbuja nas Irlandczyk na czas trwania całego albumu. Po nim mamy „grzałkę” w postaci utworu Down The Line. Cały album wypełniony jest utworami w rytmach bluesa, boogie, jakby już gdzieś słyszanymi, tak dużo w nich odniesień i szacunku dla klasycznego rocka i bluesa. Jedyną odskocznią i pieczęcią (znakiem firmowym Moore-a) na tym dziele jest ponad 10-cio minutowy I Love You More Than You’ll Ever Know. Oczywiście jest to ballada, oczywiście o miłości, z piękną gitarową solówką zaczynającą się w połowie numeru i doprowadzającą słuchaczy do samego jego końca, aż żal, że się kończy… tak jest cudowny. Cóż album Bad for You Baby to ostatnia płyta z premierowymi piosenkami Gary Moore-a. Straszna strata dla muzyki, tym bardziej, że pozostawał do końca aktywny, miał plany na przyszłość, pewnie jeszcze kilka ładnych lat cieszyłby Nas swoimi nowymi nagraniami. Dobrze, że zostawia po sobie taką masę różnorodnej muzyki, bo to ponad 20 albumów solowych (ponad 30 wraz z płytami koncertowymi) nie licząc wydawnictw z wymienionymi już wyżej zespołami. Gra teraz pewnie dalej, w lepszym miejscu i na pewno spotkał się ze zmarłym w 1986 r. przyjacielem Phil-em Lynott-em. A na wieki pozostanie tylko muzyka.

Ciężko wybrać coś z tak bogatego dorobku artystycznego. Zamieszczam więc trzy materiały wideo, a pod nimi polecam jeszcze trzy linki do zarejestrowanych występów Gary Moore-a, w różnych odsłonach, z różnymi kapelami.
www.madabautmusic.blogspot.com

 

Gary Moore & Phil Lynott – Out in the fields ( duet przyjaciół z albumu Moore-a Run For Cover):

Gary Moore – I Love You More Than You’ll Ever Know (perła z ostatniej płyty – polecam):

Linki do dodatkowych materiałów video:
Thin Lizzy – The Rocker (rok 1974) – Gary Moore w videoclipie z Phil-em Lynott-em, jakość obrazu słaba, ale ile czadu i emocji.
Colosseum II – Inquisition (rok 1978) – Gary Moore z występu telewizyjnego z Colosseum II
Gary Moore – Whiskey In The Jar (rok 2005) – Gary Moore, członkowie Thin Lizzy i przyjaciele w hołdzie Phil-owi Lynott-owi.

Fish & Marillion

Fish-a poznałem oczywiście jako wokalistę Marillion w roku 1987, właśnie w tym roku zacząłem swoją przygodę z Marillion od albumu „Clutching at Straws”.


Fish (solo, Marillion) – 23.10.2007

Album ten uważam za najlepszy w dorobku zespołu. Znalazły się na nim piękne kompozycje jak między innymi Hotel Hobbies, White Russian, czy też „hit” Incommunicado. „Cluthing At Straws” była również ostatnią płytą Marillion nagraną z Fish-em. Na osłodę dostaliśmy jeszcze w 1988 r. album koncertowy „The Thieving Magpie (La Gazza Ladra)”, który jest w mojej osobistej „top ten” rockowych albumów koncertowych świta. W 1988 roku Derek William Dick (Fish) zdecydował się opuścić zespół. Podobno zadecydowały o tym różnice w spojrzeniu na drogę artystyczną jaką powinien obrać zespół i jak ma wyglądać kolejny album Marillion.

Fish chciał aby był to album z utworami artystów, których podziwiał w wykonaniu Marillion, a całość miała wyglądać tak, że ktoś przeszukuje fale radia i trafia na nich na kolejne znane progresywne i rockowe utwory m.in. The Moody Blues, T-Rex, Genesis oraz Yes. Prawdopodobnie nie spotkało się to z zainteresowaniem pozostałych członków grupy i Fish aby móc realizować bez skrępowania swoje pomysły zdecydował się na karierę solową.

Zadebiutował w roku 1989 albumem „Vigil in a Wilderness of Mirrors”, do tej pory uznawanym za najlepszy w jego dorobku. Natomiast pomysł na następcę marillionowego „Clutching at Straws” zrealizował w roku 1995 na albumie „Songs from the Mirror”. Marillion zaś nagrał kompozycje skomponowane pod Fish-a, zmieniając ich tonację, z nowym wokalistą Stevem Hogarth-em, tak powstał „Seasons End”. Dla fanów klasycznego (starego) Marillion tytuł oznaczał początek końca zespołu. Pierwszy album nagrany z Hogarth-em był dla mnie przez dziesięciolecia (naprawdę) jedynym wartym uwagi i najlepszym z tym wokalistą. Może dlatego, że muzyka była jeszcze taka klasycznie i melodycznie pod dawny Marillion, ale jak potwierdził Fish, a byłem tego świadkiem w roku 2007 w Lublinie, wykluczony jest jego powrót do grupy. Teraz powstają dwie osobne historie i dwa razy więcej muzyki.

Marillion ze Stevem Hogarth-em dotarł do moich uszu i serca ponownie w roku 2008 wraz z naprawdę dobrą i wyjątkową płytą „Happiness Is the Road” (Essence i The Hard Shoulder). Na mnie działa najbardziej tekst i muzyka w Whatever is Wrong with You. Fish w 2008 roku wydał znakomitą „13th Star”, którą promował na koncertach w 2007 (trasa Clutching At Stars) w aż dziesięciu miastach w Polsce. W tym roku też przyjeżdża do naszego kraju, między 27 marca a 8 kwietnia da 11 koncertów. Polską trasę otworzy koncert w Warszawie, w studio im. Agnieszki Osieckiej w Trójce. Niestety brak jest Lublina na liście FISH HEADS ACOUSTIC TOUR 2011.
Trasa FISH HEADS ACOUSTIC TOUR 2011
Official FISH Site

Pozytywna informacja od Fish-a jest tez taka, że wkrótce będzie nowa płyta. Dodatkowy smaczek to to, że Fish muzycznie wraca mocno do emocji, form i treści z początków działalności w Marillion. Czym to zaowocuje? Może już niedługo dane nam będzie posłuchać.
www.madabautmusic.blogspot.com

Fish i piękny „Arc Of The Curve” z albumu 13th Star:

Robert Plant – Band of Joy

W listopadzie wspomniałem Roberta Planta przy okazji nowej płyty Bryana Ferry, bo jest on dla mnie obok Ferry-ego najbardziej rozpoznawalnym wokalistą.

13 września 2010 roku wydany został dziewiąty studyjny, solowy, album Planta „Band of Joy”. Robert Plant jest muzykiem, który nie musi niczego udowadniać, nie musi się z nikim ścigać, nie musi podążać za modą – wystarczy, że śpiewa, a nieustannie jest w znakomitej formie wokalnej. Nowa płyta brytyjskiego wokalisty nie jest materiałem autorskim, jest to zbiór różnych klasycznych mniej lub bardziej znanych utworów, tylko jeden, Central Two-O-Nine, jest autorstwa Planta i Buddy-ego Miller-a (gitara elektryczna, produkcja płyty). Płyta to taka podróż w przeszłość Roberta Planta do czasów przed zeppelin-owych kiedy Plant wraz z John-em Bonham-em występował w kapeli o nazwie właśnie Band of Joy. Zespół działał w latach 1966-1968 i grał głównie cudze, soulowe i bluesowe kompozycje. Na „Band of Joy” Planta znajdziemy dużo country, folka, bluesa, a nawet coś na irlandzką nutę. Brzmienie płyty przywodzi również na myśl brzmienia płyt Led Zeppelin z ich akustycznych okresów. „Band of Joy” pełne jest łączenia i przenikania się ze sobą muzyki elektrycznej i akustycznej, rytm utworów potęguje dodanie dodatkowej sekcji rytmicznej wspomagającej bas i perkusję. Moje ulubione utwory na tej płycie to zeppelinowski Angel Dance, country-owy House of Cards, niepokojący i przygnębiający Monkey (doskonale wspiera w nim Roberta Pani Bekka Bramlett), oparty na motywie pieśni tradycyjnej Satan Your Kingdom Must Come Down oraz skoczny prawie beatlesowski You Can’t Buy My Love. Robert Plant we wszystkich utworach śpiewa spokojnie, bez popisów wokalnych, na które z pewnością jeszcze go stać. Słychać, że zależy mu na melodii i przekazaniu nastroju słuchaczowi. Plant cały jest z muzyki i po jaki repertuar nie sięga to wprowadza świeżość, ale i klasyczny sznyt. Nie bez przyczyny w 2006 roku piosenkarzowi przyznano pierwsze miejsce na liście 100 najlepszych wokalistów wszech czasów (Hit Parader) – Paweł Yaho
www.madabautmusic.blogspot.com

Video do Angel Dance, singla promującego album:

Mój ulubiony – Monkey, z koncertu w BBC Radio 2:

Lublin – noworoczny spacerek

Wszystko mówiący baner promocyjny miasta, na Nowym Ratuszu w Lublinie. Ratuszu wybudowanym w latach 1827-1828:

Plac Litewski – widok na ponad stuletni Grand Hotel Lublinianka:

Jedna z fasad:

Iluminacje na Krakowskim Przedmieściu:

Choinka na placu przy Bramie Krakowskiej:

Stare miasto w Lublinie nocą:

Wieża Trynitarska:

Zamek Lubelski:


fot. Paweł Yaho Lublin
www.madabautmusic.blogspot.com

Wspomnienie o Kitonie z Lublina

* Trzeba mieć marzenia do gwiazd, wtedy te mniejsze też się spełniają – Mirosław Olszówka (1960-2010)

Dowiedziałem się o tym 2 grudnia, dowiedziałem się o tym, że we wtorek 30 listopada zmarł człowiek, który w moim widzeniu świata zrobił najwięcej dla jego części jaką jest moje miasto, Lublin. Zmarł w wieku 50 lat Mirosław „Kiton” Olszówka. Człowiek orkiestra animator  kultury, aktor, mim, reżyser, menadżer zespołów Voo Voo i Osjan, producent płyt. Ożywił Zamek w Janowcu organizując na nim od 2002 roku wiele imprez artystycznych i promując go wśród turystów polskich jak i zagranicznych. Jak się okazuje jego koronnym przedsięwzięciem był  INNE BRZMIENIA ART’N'MUSIC FESTIVAL  w Lublinie, który jak sam mówił stworzył dla Lublina, miasta ubiegającego się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w roku 2016. Pierwsza edycja festiwalu odbyła się w 2008 roku, w tym roku była już (dopiero) trzecia edycja. Na Inne Brzmienia Art’n’Music Festiwal w 2008 i 2009 roku byłem na wszystkich koncertach i wystawach na jakie dałem radę pójść. W roku 2010 niestety, niestety nie byłem na koncertach festiwalowych, ale kręciłem się po starym mieście i robiłem zdjęcia około festiwalowe oraz zdjęcia wystaw fotografii na ścianach kamienic lubelskich. Główną atrakcją tegorocznej edycji był urodzinowy koncert zespołów Voo Voo i Raz Dwa Trzy, a dla mnie również obecność na lubelskim festiwalu Programu Trzeciego Polskiego Radia w osobie Piotra Stelmacha. Mirek Olszówka jako ideę Innych Brzmień postawił przenikanie się kultur z całego świata, spotkań artystów w trakcie aranżowanych wspólnych koncertów, wreszcie spotkań artystów z publicznością. Każdego roku cieszyłem się na lipiec w Lublinie bo wiedziałem, że będą Inne Brzmienia i że Mirek Olszówka znów Nas czymś zaskoczy. Kiton wpisał się już na stałe do historii miasta, do historii muzyki. Kolejny festiwal w 2011 roku zapewne będzie, może otrzyma jego imię? Jednak parafrazując piosenkę myślę, że Inne Brzmienia bez Kitona to jak Yoko Ono bez Lenona.

* motto życiowe Pana Miroslawa „Kitona” Olszówki. Tacy ludzie zostawiają po sobie puste miejsce w przestrzeni w jakiej żyli.

Załączam moje zdjęcia z otoczenia trzeciej edycji festiwalu oraz film o jednym z dni festiwalowych INNE BRZMIENIA 2010 ART’N'MUSIC FESTIVAL LUBLIN – LVIV. A pod linkiem sam Mirosław Olszówka, który mówi o swoim życiu w Lublinie o ciągłym realizowaniu coraz to nowych pomysłów artystycznych.


www.madabautmusic.blogspot.com