Tag Archives: Tomek

Złoty Potok, czyli śladami Pana Twardowskiego

Zacznijmy od końca podróży przez Złoty Potok.

Krótka przejażdżka samochodem za Katowice, Sosnowiec, Siewierz i już wkraczamy do uroczej krainy Jury.

To była wczesna wiosna tuż po ciężkiej dla tych terenów zimie. Drzewa w zdecydowanej większości witały nas dosłownie ukłonami spowodowanymi dźwiganiem ogromnych ilości śniegu.

Symbolem Złotego Potoku i okolic jest Brama Twardowskiego.

Nazwa ta wiąże się ze słynną ucieczką Pana Twardowskiego na Księżyc. To tam chciał uciec po sprzedaniu duszy diabłu w Suchej Beskidzkiej, w karczmie Rzym.

Zagłębienia na ścianach skalnej bramy są według legendy śladami pazurów koguta, na grzbiecie którego Twardowski poszybował w przestworza ku Srebrnemu Globowi – Tomek


fot. Tomek

Podróż z przesiadką

Pociąg wtoczył się na peron pierwszy Dworca Głównego w Katowicach. Powolne tempo jazdy spowodowane szkodami górniczymi sprawiało, że miarowe tuk tuk, tuk tuk towarzyszące pasażerom aż do zatrzymania składu, przy akompaniamencie wściekłego pisku kół, wprawiło wszystkich w senność podpartą znużeniem.

Kobieta siedząca na jednym z niewygodnych plastikowych siedzisk nie kryła, że zmęczyła ją ta jazda wzdychając głośno a gdy tylko wagon zatrzymał się w miejscu wstała szybko przeciągając cierpiące, zastygłe w jednej pozycji ciało. Chwyciła za plecak i wyskoczyła na zewnątrz. Otoczenie spowił już mrok nadchodzącej letniej nocy a sączące się z reflektorów żółte światło nie oświetlało dostatecznie strefy peronu pierwszego. Był to duszny, gorący lipcowy dzień a noc zapowiadała się nawet o ciutkę nie mniej ciepła.

Spojrzała na tablicę odjazdów i obliczając w myślach czas doszła do wniosku, że następny pociąg do którego miała się przesiąść, odjeżdża za 45 minut. „Mało czasu” pomyślała marszcząc brwi. „Trzeba działać szybko”.

Na oko miała około czterdziestu pięciu lat, ale ktoś kto na nią patrzył musiał dojść do wniosku, że nieźle się trzyma. Była szczupła, energiczna i pewna siebie. Z taką też pewnością ruszyła przed siebie  po schodach w dół do dworcowego pasażu. Skierowała się tam gdzie było wejście od strony Placu Andrzeja. To niewielki plac na tyłach Dworca Głównego, z którego często odjeżdżają autokary biur podróży. Tuż przed schodami prowadzącymi do wyjścia umiejscowiony jest zionący pustką zaułek, w który aż strach wchodzić. Ona właśnie tam skierowała swe kroki.

Znalazła najdalszy kąt gdzie pewnie nikt się nie zapuści o tej porze. Rozejrzała się i wiedząc, że jest tutaj sama, zrzuciła na podłogę plecak i zaczęła w nim gmerać.

Plac Andrzeja od zawsze gdy przychodziła noc tonął w gęstych ciemnościach. Latarnie oraz hol wejściowy dostarczały znikome światło w niczym nie ułatwiające życia pieszym, którzy mieli tutaj coś do załatwienia. W tej dominacji mrocznych barw wychwycenie ruchu postaci, która tam się czaiła, graniczyło z niemożliwością. A ktoś tam z całą pewnością był. Ubrany w czarny długi płaszcz i kapelusz naciągnięty mocno na głowę. Postawiony kołnierz tworzył ostateczną barierę w rozpoznaniu twarzy tego dziwnego człowieka. Ale tego dnia teren świecił pustkami więc tajemnicza postać dosyć swobodnie i zręcznie chowająca się ciemnościach, bez większego wysiłku była niewidzialna dla świata.

Jak duch przesuwała się w kierunku pobliskiej wąskiej uliczki ciągnącej się aż do ulicy Kościuszki. Cel w jakim postać ta tutaj dotarła nie był bliżej sprecyzowany. Właściwie liczył się łut szczęścia. Muszka musiała wpaść w sieć sama. I po niedługim czasie wypatrywania owa muszka rzeczywiście wpadła w sidła eterycznej sylwetki.

W którejś z bram siedział bezdomny. Oparty o ścianę spał mocnym snem będącym wybawieniem od doli codzienności. Z daleka czuło się jego specyficzny smród. Długa siwa broda opadała na brudną, dziurawą koszulę a spodnie przewiązane sznurkiem morusały się w kurzu brukowanej bocznej uliczki. Tlący się blask latarni obnażał oblicze zaorane zmarszczkami umęczonego życiem starca.

Mroczna postać zatrzymała się tuż przed bezdomnym. Wpatrywała się z zaciekawieniem, dokładnie lustrując teraz już pewny cel wizyty tutaj. W ilu już miejscach dokonała tego co zrobi. Ten świat wymagał nieustającego leczenia, łatania pęknięć. Z kieszeni czarnego płaszcza wyłonił się przedmiot przypominający pistolet. Rurka z przodu a rękojeść poklejona plastrami. Broń wykonana została domowym sposobem. Postać wycelowała w tego brudnego, śmierdzącego, przegranego człowieka.

* Może robię źle ulepszając ten świat na siłę, ale wierzę w to co robię – powiedziała szeptem. – Wybacz mi człowieku, wybacz mi Boże.

Pociągnęła za spust. Z lufy wyleciała błyskawica. Niebieski promień trafiający w serce ofiary.

Mężczyzna zawył głośno a jego głos odbijał się echem w niemalowanych cegłach dostojnych kamienic. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno zobaczyłby jedną osobę tarzającą się po ziemi w konwulsjach a drugą mknącą w szybkiej ucieczce.

Kloszard po chwili oszołomienia stanął na równe nogi. Otrzepał zakurzone ubranie.

Przez głowę przelatywały mu obrazy z jego życia, tylko te dobre. To co złe ulatywało w niebo w postaci smolistoczarnych robaczków.

Tabula rasa. Dostał nową szansę. I wiarę.

Pociąg odjechał. Kobieta przyłożyła głowę do szyby. Zasnęła.

Tad. Powieść szpiegowsko-łotrzykowska

Gdzieś w Rosji

(Fragment 1)

Tadek stał na niewielkim wzniesieniu z którego rozpościerał się monotonny widok na przestwory pól i falistych pagórków. Długi płaszcz powiewał gdy tylko cykliczne podmuchy porywistego wiatru atakowały go to z jednej to z drugiej strony odsłaniając niebieskie teksasy i trampki na nogach. Wpatrywał się w dziwaczną metalową kulę leżącą na dnie niewielkiego parowu. Mierzyła ona trochę ponad półtora metra średnicy a w jej centralnej części tkwił otwarty właz przez który człowiek mógł się przecisnąć.

Z tyłu podszedł mężczyzna w mundurze kładąc na ramieniu Tadeusza szorstką dłoń.

- Już czas – rzekł generał Wladimir Siusiaj. – Już najwyższy czas panie Tadowski zapakować swoje cztery litery do środka Wehikułu. Nie po to wydaliśmy tyle pieniędzy na szkolenie pana by na koniec się ociągać i tracić cenny czas.

‘Kutasina w mundurze” pomyślał Tadek i ruszył do przodu. Metry dzieliły go od pojazdu który miał zabrać go w nieznane. Metalowa kula mogła się zmienić w jego trumnę jeśli coś nie zadziała jak powinno. To pierwsza taka misja nie licząc psa Jajki który został wysłany w podróż przez wymiary czasoprzestrzeni miesiąc wcześniej.

„Raz kozie śmierć” dodał sobie rezonu w myślach ledwo ukrywając drżenie podekscytowanego ciała. „Mam misję. Przecież to sens mojego życia”.

Wślizgnął się do wnętrza sferoidalnej maszyny.

(Fragment 2)

Ogromny tętniący hałas ustał wreszcie. Pozostała tylko cicha pustka mrocznego wnętrza kuli. Tadek słyszał tylko swój szybki oddech. Zaraz drzwi miały otworzyć się samoczynnie sterowane przez wewnętrzny program. Co czekało go na zewnątrz?

Aż podskoczył gdy właz z sykiem rozwarł się wpuszczając do środka oślepiające promienie słońca. Po chwili do Tadowskiego dotarł szum morza i zapach jodu. Czyżby misja się udała? Wychylił głowę i już wiedział, że tak było. Znajdował się na wyspie Ronaoke w czasie gdy jej wszyscy mieszkańcy zniknęli z dnia na dzień. Jego zadaniem było podpatrzyć z ukrycia co tam się wydarzyło. Nikt nie mógł odkryć jego obecności.

Czarno-biały trampek wychylił się z ciemności luku wyjściowego a za nim podążyły spodnie teksasy. Robiąc krok w nieznane sznurówka prywatnego detektywa zaplątała się w miejscu gdzie otwarte drzwi włazu stykały się z powierzchnią metalowej kuli i przy wyskakiwaniu Tadek wyrżnął z impetem w piasek plaży. Unosząc głowę po chwilowym zamroczeniu i wypluwając piasek podniósł się dumnie wypowiadając wzniośle:

- Oto mały krok człowieka, a wielki ludzkości – a za chwilę dodał. – Niech mnie jeśli nie rozwiążę tej zagadki – Tomek
CDN
Zobacz również:
- CROATOAN, czyli Roanoke – Zaginiona Kolonia

Lido Di Jesolo – wystawa rzeźb z piasku

Lido Di Jesolo – miejscowość głównie wypoczynkowa.

Blisko z niej do Wenecji i Chorwacji, ale tym razem nastawieni byliśmy na wypoczynek ze względu na błogosławiony stan żony.



Poranne śniadania na głównym deptaku, kąpiele w morzu, doskonałe jedzenie i długie spacery wprawiały w błogie zapomnienie. To już druga wizyta w tym miejscu i ponownie koniecznym punktem programu była wystawa rzeźb z piasku. Ostatnio dziki zachód tym razem Pinokio.

Zdjęcia być może nie oddają tego kunsztu i artyzmu twórców. Sznurówka, wylewająca się woda, strach w oczach Pinokia, rysy twarzy, oddany ruch i niezwykła perspektywa rzeźb sprawiały, że na długo zatrzymywaliśmy się przed każdą pracą.

fot. Tomek Włochy

CROATOAN, czyli Roanoke – Zaginiona Kolonia

„Kontynent (Ameryka) stanął otworem dla jego odkrywców a los jego rdzennych mieszkańców to jakby historia żywcem wzięta z książek Stephena Kinga i nie mieści się w głowie, że cywilizacje tak doskonale rozwinięte jak np. imperium Azteków padły tak szybko i niemalże bez oporu” Stephen King opisał to w Sztormie stulecia. No, może to była tylko wzmianka, ale myślę, że jak najtrafniej   w „Nowym Świecie” przytoczono jego nazwisko.

Bowiem niedawno wpadła mi w ręce jedna z jego książek, a właściwie gotowy scenariusz zatytułowany „Sztorm stulecia”. Rzecz dzieje się na odciętej od świata wyspie. Mieszkańcy omal nie zostają wymazani z tego świata przez tajemniczego gościa, który odwiedza to miejsce. W czasie czytania z wypiekami na twarzy tej zajmującej lektury, moją uwagę skierowała nagle na inny tor wzmianka o sekrecie innej wyspy a konkretnie Roanoke. Autor nawiązał do nagłego zniknięcia jej mieszkańców.

Wyspa mieści się w USA w stanie Karolina Północna.

W lipcu 1584 roku wyruszyła wyprawa odkrywcza eksplorująca łańcuch wysepek i jej terenów. Uwagę podróżników przykuła położona za barierą wysp, jakby ukryta przed światem, właśnie wyspa Roanoke.

Gdy w roku 1590, niejaki White, dotarł do owej tajemniczej wyspy nieoczekiwanie odkrył, że wszyscy osadnicy zniknęli bez śladu. Wyglądało to tak jakby mieszkańcy wyparowali. Nie było żadnych śladów, które mogłyby wskazywać na jakąkolwiek tezę sposobu zniknięcia np. siłowego. Jedynym tropem był napis wyryty na palisadzie. Właśnie ten napis został wykorzystany w książce Stephena Kinga – „CROATOAN”

Co chcieli przez ten napis osadnicy powiedzieć? Ich los od stuleci jest przedmiotem domysłów.

Stephen King fantazjował, że sprawcą zniknięcia ludności jest Linoge, demon który pozostawia zamkniętej społeczności wybór iście szatański. W Sztormie stulecia jest nim poświęcenie dziecka w zamian za oszczędzenie większości. Nie usłuchanie jego rozkazu grozi tym, co spotkało wioskę Roanoke. Wybór mniejszego zła?

Przychodzi na myśl jeszcze jeden pisarz Dean Koontz, u którego sprawcą zniknięć jest pierwotna materia połykająca materię ludzką. Pojawia się na ziemi raz na ileś tysięcy lat i pożera wszystko co żywe na swej drodze. Po zaspokojeniu pragnienia chowa się ponownie do swojej nory głęboko w ziemi na kolejne tysiące lat.

To jedynie fantastyka, która wzbudza ciekawość. Osobiście jestem przekonany, że za wszystkimi tajemnicami świata stoją prozaiczne, łatwe do wytłumaczenia przyczyny. Łatwe oczywiście tylko wtedy gdyby wsiąść do Wehikułu Czasu i zobaczyć je z ukrycia.

Mimo takiego realnego podejścia do sprawy, lubię bawić się w domysły z autorami fantastyki – Tomek

Pieniny – Dzień czwarty, czyli epilog – Szczawnica

Na koniec pobytu w Pieninach, czas przyjrzeć się ich stolicy. Całą Szczawnicę można obejść dookoła szczytami gór, podziwiając ją z każdej strony:

Jak powiedziała nam przewodniczka, posiada ona architekturę podobną do alpejskich miasteczek. Mnie również niektóre uliczki przypominały te zapamiętane z Włoch. Można tam zaobserwować różnorakie rodzaje budowli, od starych sypiących się góralskich chat, przez te utrzymane w dobrej formie, poprzez takie, które mimo nowoczesności są wyważone i pięknie wpasowane w krajobraz, aż po modelowe sanatoria socjotechniki straszące swoją surowością:

fot. Tomek Szczawnica

Pieniny – Dzień trzeci, czyli Wysoka, Wysoki Wierch

Wąwóz Homole – Wysoka (1052 m. n.p.m.) – Wysoki Wierch (899 m n.p.m.) - Na początku drogi niedaleko wejścia do Wąwozu, usytuowana jest Cerkiew Prawosławna:

Warto o nią zahaczyć przed wejściem do Wąwozu Homole:


Znajduje się on w miejscowości Jaworki obok Szczawnicy. Nazwa pochodzi od ruskiego słowa „homoła, gomoła” czyli obły, bezrogi co nawiązuje do kształtu doliny. Wąwóz ma długość 800 m:

Następnym punktem wycieczki była Wysoka, licząca 1052 m n.p.m. Jest ona najwyższym szczytem całego masywu Pienin. Te góry to taki dar, taki bonus do Tatr, równie piękny. No cóż, w porównaniu do gór tatrzańskich  nie są to może oszałamiające wysokości, ale wierzcie, Pieniny robią wrażenie na człowieku namacalną bliskością przepaści. Widok z Wysokiej:

Na koniec pozostał wspaniały spacer do Wysokiego Wierchu. Po drodze cały czas w tle, towarzyszą ośnieżone Tatry. Wysoki Wierch kojarzy się z Czerwonymi Wierchami, ba, gdyby ktoś pokazał mi zdjęcie tej góry stwierdziłbym, że to jest jeden z tamtych pięknych szczytów.

Na szlaku:

Niepowtarzalny widok ze szlaku:

Wysoki Wierch wyglądający jak tatrzański  Ciemniak (2096):

Widok z Wysokiego Wierchu:

fot. Tomek Pieniny

Pieniny – Dzień drugi, czyli Trzy Korony i Sokolica

Z Trzech Koron Okrąglica (982 m. n.p.m.),  a później jeszcze  Sokolica (747 m. n.p.m.)

To co pierwszego dnia widziałem z perspektywy Dunajca, ujrzałem tam wysoko. To jest dopiero poznanie tych gór. Wychylenie się przez barierki Okrąglicy lub Sokolicy to bezcenne przeżycie. Na końcu szlak przecina rzeka i tylko flisak może pomóc w przedostaniu się na drugą stronę. No może nie tylko, ale to taka kropka nad i, by przeprawić się przez Dunajec łódką.

Szlakiem:


Trzy Korony:

W tle Sokolica:

Widok z Okrąglicy:

Dunajec widziany z góry:
:


Reliktowa sosna:

fot. Tomek Pieniny

Pieniny – Dzień pierwszy, czyli szloch dziewczyny, mentalność górala, spływ Dunajcem

Rozpoczęło się dziwnie. Do autokaru weszła szlochająca dziewczyna. To był tak przejmujący płacz, trwający przez całą jej podróż, że na ten czas radość wyjazdu się przytłumiła. Co się wydarzyło w jej życiu? Nie trudno było zgadnąć. Do telefonu mówiła tylko „stało się” i „nie wytrzymam”. Takie jest życie, że gdy ktoś się smuci – my jesteśmy szczęśliwi, ale kiedyś, może być odwrotnie…

Pierwszy dzień i natychmiastowa decyzja – Spływ Przełomem Dunajca. Ale tak jak zacząłem, tak już pociągnę dalej. Niech fotografie mówią same za siebie, a ja opowiem o czymś innym. W górach, czy to Pieninach, czy Tatrach, przeżywa się szok kulturowy. Tamto życie płynie inaczej. Przykładowo idąc ulicą przez Katowice mam nieodparte wrażenie, że ktoś idący z naprzeciwka chce mnie staranować. Uważa się za pana tego miejsca i nie chce widzieć, że ktoś stoi na tej samej drodze do której ma to samo prawo. Zawsze robię miejsce tak, żeby podzielić się chodnikiem i często trzeba wejść aż na jezdnię. Takie odczucie milczącej agresji i traktowania drugiego jako takiej rzeczy, daje się odczuwać gdziekolwiek się nie pójdzie. Natomiast w Szczyrku, zrobiłem miejsce przechodzącej obok kobiecie, a ta… podziękowała mi z uśmiechem na ustach. Niby mały, a ogromny gest. Górale są tacy nie skażeni panoszącym się po świecie wielkomiejskim chamstwem.

Czy to działanie magii tego pięknego miejsca sprawia, że człowiek szanuje człowieka?

A teraz już płyńmy, płyńmy! Na początku podziwiać można urocze miasteczka polskie i słowackie. Potem już króluje Pieniński Park Narodowy. Ach ta potęga gór, ach te potężne skaliste stoki pionowo wpadające do wody, ach ten beztroski humor flisaków, ach ta cisza i spokój, ach ta wijąca się rzeka, wszystko płynie…



fot. Tomek Pieniny

Tunis i jego starożytne mozaiki rzymskie cz. 4

Na koniec pobytu w Tunisie, pojechaliśmy do Muzeum Narodowego Bardo, ze słynną kolekcją starożytnych mozaik rzymskich:

To tak jak ze starożytnym graffiti – można się zauroczyć artyzmem dawnych ludzi:

Mozaiki dotrwały do naszych czasów i nawet kolory są podobno oryginalne. Ileż kunsztu i pracy włożyli ci artyści w swoje dzieła. Od ogromnych podłóg, poprzez ściany, a kończąc na niewielkich obrazach składających się z małych kwadracików, te mozaiki hipnotyzowały zachęcając do oglądania następnych:

Mieszane uczucia targały mną podczas opuszczania Tunisu. Rozczarowująca Kartagina, pozbawione charakteru Nowe Miasto, najciekawsza wyprawa w głąb prawdziwego Starego Tunisu, aż wreszcie te cudowne mozaiki:

fot. Tomek Tunezja