Tag Archives: Tomek

Pieniny – Dzień pierwszy, czyli szloch dziewczyny, mentalność górala, spływ Dunajcem

Rozpoczęło się dziwnie. Do autokaru weszła szlochająca dziewczyna. To był tak przejmujący płacz, trwający przez całą jej podróż, że na ten czas radość wyjazdu się przytłumiła. Co się wydarzyło w jej życiu? Nie trudno było zgadnąć. Do telefonu mówiła tylko „stało się” i „nie wytrzymam”. Takie jest życie, że gdy ktoś się smuci – my jesteśmy szczęśliwi, ale kiedyś, może być odwrotnie…

Pierwszy dzień i natychmiastowa decyzja – Spływ Przełomem Dunajca. Ale tak jak zacząłem, tak już pociągnę dalej. Niech fotografie mówią same za siebie, a ja opowiem o czymś innym. W górach, czy to Pieninach, czy Tatrach, przeżywa się szok kulturowy. Tamto życie płynie inaczej. Przykładowo idąc ulicą przez Katowice mam nieodparte wrażenie, że ktoś idący z naprzeciwka chce mnie staranować. Uważa się za pana tego miejsca i nie chce widzieć, że ktoś stoi na tej samej drodze do której ma to samo prawo. Zawsze robię miejsce tak, żeby podzielić się chodnikiem i często trzeba wejść aż na jezdnię. Takie odczucie milczącej agresji i traktowania drugiego jako takiej rzeczy, daje się odczuwać gdziekolwiek się nie pójdzie. Natomiast w Szczyrku, zrobiłem miejsce przechodzącej obok kobiecie, a ta… podziękowała mi z uśmiechem na ustach. Niby mały, a ogromny gest. Górale są tacy nie skażeni panoszącym się po świecie wielkomiejskim chamstwem.

Czy to działanie magii tego pięknego miejsca sprawia, że człowiek szanuje człowieka?

A teraz już płyńmy, płyńmy! Na początku podziwiać można urocze miasteczka polskie i słowackie. Potem już króluje Pieniński Park Narodowy. Ach ta potęga gór, ach te potężne skaliste stoki pionowo wpadające do wody, ach ten beztroski humor flisaków, ach ta cisza i spokój, ach ta wijąca się rzeka, wszystko płynie…



fot. Tomek Pieniny

Tunis i jego starożytne mozaiki rzymskie cz. 4

Na koniec pobytu w Tunisie, pojechaliśmy do Muzeum Narodowego Bardo, ze słynną kolekcją starożytnych mozaik rzymskich:

To tak jak ze starożytnym graffiti – można się zauroczyć artyzmem dawnych ludzi:

Mozaiki dotrwały do naszych czasów i nawet kolory są podobno oryginalne. Ileż kunsztu i pracy włożyli ci artyści w swoje dzieła. Od ogromnych podłóg, poprzez ściany, a kończąc na niewielkich obrazach składających się z małych kwadracików, te mozaiki hipnotyzowały zachęcając do oglądania następnych:

Mieszane uczucia targały mną podczas opuszczania Tunisu. Rozczarowująca Kartagina, pozbawione charakteru Nowe Miasto, najciekawsza wyprawa w głąb prawdziwego Starego Tunisu, aż wreszcie te cudowne mozaiki:

fot. Tomek Tunezja

Tunis od kuchni, czyli spontaniczny spacer z Arabem Ali cz. 3

Pewien Arab o imieniu Ali,  zaproponował nam za marne grosze oprowadzenie po uliczkach Tunisu. Ruszyliśmy za nim. Uliczki te okazały się istnym labiryntem, po którym bez Nici Ariadny lepiej się nie poruszać. Gwar stolicy i targowiska wyciszył się zupełnie. Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, i tylko Ali, który nas prowadził stał się nadzieją na odnalezienie drogi:

Było to ryzykiem, ale za to adrenalina wyzwoliła doznania zmysłów jak podczas zdobywania trudnego szczytu górskiego. Nagle dokoła zapanował brud, ściany domów straszyły swą obskurnością, uliczki były wąskie a światło słoneczne znikało w zakamarkach. To już nie była ta barwna, schludna stolica. Ali zabrał nas do swojego mieszkania. Trudno sobie wyobrazić, by tam można było mieszkać. Widzieliśmy za to Stary Meczet

… wchodziliśmy do mieszkań obcych ludzi,  na ich balkony i dachy:

Ali rozmawiając przez telefon porażał tembrem głosu przypominającym ekstremistę religijnego, w jednej chwili z miłego człowieka stawał się surowym, krzykliwym, groźnym dla tego kogoś po drugiej stronie słuchawki. Ali był kawalerem, imamem śpiewającym w meczecie. Bieda ukryta za fasadą bogactwa stolicy uderzała, rozbrajała, przerażała… Ufff…. zgodnie z obietnicą Ali wyprowadził nas z mrocznego labiryntu. I tu na koniec zwiedzania, nieoczekiwanie miasto zaskoczyło nas pozytywnie, ale o tym następnym razem, niestety już w ostatnim odcinku.
fot. Tomek Tunezja

Tunis – Stare Miasto i mieszkający w nim człowiek cz. 2

Po spacerze poprzez pasaż handlowy w centralnej części Tunisu, nasze zmysły były uśpione. Wszystko dokoła przypominało bowiem nasze wielkie miasta. W około były wystawy sklepów z doskonale znanymi markami. Minęliśmy nawet rzymskokatolicką Katedrę św. Wincentego:

Lecz wreszcie ukazała się Brama – coś jak wehikuł czasu, jak gwiezdne wrota. Brama prowadząca do starego miasta. Przechodząc przez nią natychmiast znajdujemy się w bajkowej arabskiej scenerii. Kierując się w stronę Meczetu trzeba przedrzeć się jeszcze przez typowe arabskie targowisko.

Najlepiej zrobić to w okularach słonecznych. Sprzedający wnikliwie patrzą bowiem w oczy przechodniów i wystarczy rzucić okiem na jakikolwiek przedmiot z ich kramu, by zostać natychmiastowo agresywnie napastowanym. Sprzedawcy nie popuszczą takiemu wyrażającemu choćby najmniejsze zainteresowanie klientowi. Nie wolno się przy tym zdenerwować, bo oni lubią znęcać się nad takimi nerwusami. Tu humor rozładowuje każdą sytuację. Tacy są tamci ludzie, inni, a właściwie tacy jak my. Groźni, ale gdy uśmiechem ich podejść, ta groźność pęka jak bańka mydlana. Trudno to opisać, to trzeba zobaczyć, doświadczyć, przeżyć. Wiem, że dużo jest krzywdzących stereotypów i opowieści o Arabach, a są to zwyczajni ludzie jak my. Różnice, które tak bardzo rzucają się w oczy, po dłuższym obcowaniu z ich kulturą zdają się szczegółami. No ale diabeł tkwi w szczegółach.

Dotarliśmy wreszcie na dziedziniec meczetu i tam dla większości kończy się zwiedzanie Starego Miasta. To i tak dużo, ale tam dla naszej grupki to był dopiero początek podroży do Jądra Ciemności Tunisu. Przed meczetem stał pewien Arab, który zaproponował nam oprowadzenie po uliczkach miasta. Kosztowało nas to w przeliczeniu na nasze pieniądze grosze. Ruszyliśmy za nim i po chwili wymiękłem. Ale o tym…  w następnej odsłonie.
fot. Tomek Tunezja

Tunis – stolica, czyli rozczarowująca Kartagina cz. 1

Wjazdowi do stolicy Tunezji towarzyszy wspaniałe wrażenie, niestety tylko na pierwszy rzut oka. Barwne drzewka i biało-niebieskie domy porażają swym pięknem.  Za szybami autokaru Tunis wygląda kolorowo, czysto i swojsko, ale do czasu. Pierwsze kroki po wyjściu z klimatyzowanego pojazdu prowadzą w niewiarygodnie gorący świat afrykańskiego miasta.

Tunis istniał kiedyś jako fenicka osada handlowa Tunes, ale od około VII w. p.n.e był pod władaniem Kartaginy, która przeszła wiele wzlotów i upadków. Od niej też rozpoczęliśmy zwiedzanie. Przyznam, że wiele sobie obiecywałem właśnie po Kartaginie. To obcowanie z historią, dotykanie liczących tysiące lat pozostałości po żyjących tak dawno temu ludziach. Niestety Kartagina chłodno studzi tę pasję. Trzeba mieć naprawdę wybujałą wyobraźnię, żeby z tych bezładnie leżących kamieni odbudować dawną atmosferę słynnej Kartaginy.

Nawet Termy Antoninusa

… są niemal doszczętnie wymazane, przez działanie czasu i bezczeszczących je rąk ludzi, którzy wykorzystywali starożytne obiekty jako budulca do nowych domów.

Prawdziwy smak Tunisu poznaliśmy dopiero po przyjeździe do centrum stolicy. Tam pilot wycieczki wypuścił nas na żywioł byśmy samotnie zwiedzali to przedziwne miejsce. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że otworzą się przede mną wrota do tych sekretnych zakamarków niewidocznych dla oczu „zwyczajnych turystów”. Ale o tym następnym razem.
fot. Tomek Tunezja

Portfolio Doliny Trzech Stawów – Katowice

Po Dolinie Trzech Stawów spacerujemy często w weekendy. Dużo zieleni rekompensuje widoczny w tle krajobraz przemysłowy i blokowiska. Dolina jest bardzo dobrym miejscem wypoczynku, gdy nie można wybrać się gdzieś dalej:




fot. Tomek Katowice

Prehistoryczne graffiti

Często gdy na ścianie jakiegoś budynku pojawia się napis, rysunek, albo choćby coś co z niczym się nie kojarzy, staram się zrozumieć genezę tego zjawiska. Co też pchało człowieka, który pozostawił po sobie taki ślad. Czy to negatywne bodźce czy te pozytywne, dyktowane wrodzonym artyzmem, które zawsze dają się odczuć pierwotną wręcz chęcią zaznaczenia swojego istnienia. Wczuwając się w intencje rysującego,  przychodzi na myśl ekstaza, że oto ktoś, ba wielu ludzi przechodzących obok, zobaczą coś mojego, zauważą mnie.

To zjawisko nie dotyczy tylko naszych czasów. Nie dotyczy też odległej starożytności opisanej już na Ecodniu we wpisie Starożytne graffiti – dotyczy jeszcze dalszej przeszłości. Początków ludzkości. Oglądając udokumentowane na fotografiach prehistoryczne malowidła, docieramy do naszych własnych źródeł. Wkraczamy nie tylko w umysły naszych praprzodków, ale poznajemy też nasze własne instynkty. Pierwotne pasje, pobudzające wyobraźnie wydarzenia, które wpływały na losy rysujących. To podróż w głąb nas samych, bo czyż nie jesteśmy podobni do tamtych ludzi?

Rysunki tryskają wręcz życiem. Silnie oddziałują na oglądających dzięki swojej naturalności. Co ciekawe i widoczne doskonale, na fotografiach rysunki zwierząt są w porównaniu z wizerunkami ludzi, dziełami sztuki. Najczęściej powtarzającymi się motywami są sceny polowań. Malowidła w większości miały swoje podłoże w jaskiniach, a do rysowania służyły farby z pigmentów i gliny. Te proste farby nanoszono rękoma, albo też mchem. I – co tak bardzo kojarzy się z dzisiejszym graffiti – wykorzystywano też wydrążone kości do pryskania barwnikiem. Prezentowane zdjęcia ze strony: www.zwoje-scrolls.com


Zobacz więcej zdjęć w pokazie – > SLIDESHOW

Dorastanie w cieniu Winnetou, czyli mała dygresja

Faktycznie, teraz sięgając pamięcią do Karola May’a,  przypominam sobie tamto zatracenie schematycznej granicy dobra i zła. To filmy w większości wyzwalały stereotypowe myślenie.


Po wpisie Canada z bardzo bliska, czyli Irokezi Pow Wow, odżyły dawne pasje. Może to i były zwykłe, często dalekie od prawdy westerny, ale obraz Indianina zawsze pobudzał wyobraźnię. Z wiekiem podział na złego Indianina a dobrego białego człowieka, transformował w odwrotną stronę. Winnetou – pamiętam jak jeden tom przeczytałem w jeden dzień, podczas choroby w szkole podstawowej. Wtedy to był trójwymiar absolutny, bo to co teraz widać w kinach 3D, wtedy widziałem w wyobraźni, niemal namacalnie, zapachy, kolory, ludzie, ich wybory i emocje. Wychowany na Niziurskim i właśnie May’u pozostałem wierny zasadzie, że jeśli jakieś dzieło jest tak skonstruowane, że i opowiadana historia i przesłanie są równie poważnie potraktowane, to jest najwspanialsze dzieło posiadające duszę.

Tak więc Karol May, Max Brand, Fenimore Cooper… otwierali drogę, ale dopiero „Tańczący z wilkami” otrząsnął mnie z dziecięcego tkwienia w stereotypowym myśleniu. Wreszcie Indianin zmienił wizerunek na w 100% ludzki. W miarę poznawania historii Ameryki wiedziałem, że gospodarze są niby gospodarzami a ci prawdziwi zostali wygnani, zmarginalizowani. Aż chciałoby się przeczytać powieść fantastyczną autora „Czerwonego Marsa” (Kim Stanley Robinson), o alternatywnej historii, w której Europa wymiera podczas wielkiej dżumy, a inne narody rozkwitają w wielkie cywilizacje wśród których jest właśnie ta – Indian.

Ostatnie furtki otwierał Sergio Leone swoimi filmami. W tym świecie pasjonuje mnie uwidocznienie kto jest kim. Że wrogowie nie ukrywają się za uśmiechami i udawanymi gestami, ale jasno dają do zrozumienia “jestem twoim wrogiem i musisz walczyć, albo mnie omijać”. No i wolność wyborów, otwarte drogi, możliwość zamieszkania gdzie się chce. Nie mam nic, to nie muszę kupić sobie czegoś (no bo za co?), ale wystarczy wbić łopatę w ziemię, by coś mieć. Czysta zasada. Wystarczy uczciwie popracować, by można było przeżyć a czy teraz ta uczciwość wystarczy?

To i wiele innych czynników wpływa na fascynację Dzikim Zachodem, albo postapokaliptyczną fantazją. Nie chciałbym żyć w tych czasach, ale pociąga bardzo ta czytelność i ta naturalność postaw ludzi tam widoczna. Coś jakby uspokojenie wzburzonej wody. Na koniec już, jeszcze nie widziałem postapokaliptycznego westernu „Księga ocalenia”. Mimo kiepskich recenzji chce jednak iść. A oczekuję na film „The Road”. Uważam, że właśnie ten film jest bardzo wart zobaczenia – Tomek
Graffiti: bosman

Dotykając historię – Nachod

To czeskie miasto założone w I połowie XIII wieku, przez rycerza Hrona a pierwsze wzmianki o nim, ukazały się już w roku 1254.

W mieście tym miała miejsce tzw. Bitwa pod Nachodem, która rozpoczęła wojnę austriacko-pruską i pozostawiła po sobie do dziś wiele pomników oraz grobów, także polskich żołnierzy, walczących po obu stronach barykady.

Nachod to urocze miasteczko, nad którym góruje niewielki Zamek z XII wieku:

Odwiedzając nowe miasta lubię poznawać ich historię i kulturę poprzez wizyty w miejscowych muzeach. Tam w Nachodzie takim nauczycielem osobowości i charakteru miasta jest właśnie ów zamek. Obiekty muzealne rozpalają wyobraźnię.  Takie choćby zastawy i sztućce przemawiają przenosząc niczym Wehikuł czasu do tego co było kiedyś. Ktoś te przedmioty dotykał, używał, bawił się nimi…


Był tam również portret „Potwora”, czyli znienawidzonego przez żołnierzy oficera. W jego twarzy widać było pod pseudo miłym uśmiechem ukrytą wredność….
Wszystkie muzealne rzeczy, portrety i pomieszczenia tworzą w wyobraźni obraz tamtych czasów.

fot. Tomek Nachod Czechy