Zamiast recenzji.
Ulth zainspirowany siedemdziesięcioletnimi Narzędziami do zapisu myśli od Pana Wiesława, napisał „Cudne uczucie to być musi, obcować z takimi skarbami. Mam podobnie ze swoimi książkami, które niekiedy, mając po kilkadziesiąt lat, przechodziły w niejedne ręce, obcowały z wieloma ludźmi. Przynajmniej tutaj rzeczy martwe nie okazują swej przysłowiowej złośliwości – one żyją swoim życiem”.
I nagle okazało się, że większość z nas ma takie skojarzenie. Nie tylko wiekowy ołówek gładzony twórczą ręką jest dla nas talizmanem wydzielającym pozytywną aurę, ale i książki, w których zatrzymane są cudze myśli, cudzy czas. Dziękuję Wam za to skojarzenie, bo rzeczywiście, może dlatego nie robię porządków na moich półkach, bo do każdej książki potrafię przypisać jakąś prawdziwą historię z nią związaną, a jeśli nie, potrafię ją sobie wyobrazić.
Tytułem zachęty, maleńki fragment „Cienia wiatru”, traktujący akurat o tym samym, o czym napisał Ulth. To pierwszy przeczytany przeze mnie w całości e-book. Książka w formie elektronicznej, której nie znoszę, nienawidzę i chyba się nigdy nie przekonam. Powieść ta jest jednak tak mroczna, jej fabuła ma tyle nieoczekiwanych zwrotów akcji, bohaterowie poruszają się non stop po tak strasznie tajemniczo pozakręcanych kocich łbach fabuły, czytelnik jest tu zmuszony do nieustannego myślowego kombinowania, chcąc przechytrzyć autora, co niestety lub stety, nie udaje się mimo ciągłych prób dopasowania do siebie, tych mimo wszystko, mocno zazębiających się elementów układanki, że… pożarłam ją całą.
Uff, oprócz wciągającego zakręcenia, uważny czytelnik znajdzie w niej również masę punktów stycznych, które może odnieść do swojego życia. To opowieść o uczuciach, bogatym „wewnętrzu” człowieka, wszelkich odcieniach tego wnętrza, napisana naprawdę pięknym językiem…
Na koniec już; oczywiście z chętnymi podzielę się przesyłając ją na e-mail. Nie mam oporów, bowiem książki, które nie potrzebują półki, nie potrzebują pilnowania, by je zwrócono – ew
(…) W głębi dostrzec można było z tuzin kręcących się po korytarzykach i platformach postaci. Kilka z nich odwróciło się i pozdrowiło nas z daleka. Zdołałem wówczas rozpoznać twarze kolegów ojca ze stowarzyszenia antykwariuszy. W oczach dziesięciolatka panowie ci jawili mi się niczym tajne i spiskujące bractwo alchemików. Ojciec przyklęknął i patrząc mi prosto w oczy, przemówił łagodnym głosem, tym szczególnym głosem bardzo osobistych wyznań i przyrzeczeń.
- To miejsce, Danielu, jest tajemnicą i miejscem świętym. Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią. Za każdym razem, gdy książka trafia w kolejne ręce, za każdym razem, gdy ktoś wodzi po jej stronach wzrokiem, z każdym nowym czytelnikiem jej duch odradza się i staje się coraz silniejszy. Już dawno temu, wtedy kiedy mój ojciec mnie tu przyprowadził, miejsce to miało swoje lata i było stare. Może nawet tak stare jak samo miasto. Nikt na dobrą sprawę nie wie, od kiedy to miejsce istnieje ani kto je stworzył. Teraz powiem ci to, co powiedział mi mój ojciec. Kiedy jakaś biblioteka przestaje istnieć, kiedy jakaś księgarnia na zawsze zamyka podwoje, kiedy jakaś książka ginie w otchłani zapomnienia, ci, którzy znają to miejsce, my, strażnicy ich dusz, robimy, co w naszej mocy, aby te bezdomne książki trafiły tutaj. Bo tutaj książki, o których nikt już nie pamięta, książki, które zagubiły się w czasie, żyją nieustającą nadzieją, iż pewnego dnia trafią do rąk nowego czytelnika, że zawładnie nimi nowy duch. W księgarni sprzedajemy i kupujemy książki, ale w rzeczywistości one nie mają właściciela. Każda, którą tu widzisz, była czyimś najlepszym przyjacielem. A teraz te książki mają tylko nas, Danielu. Potrafisz zachować ten sekret?
Wzrok mój zagubił się w ogromie przestrzeni, w jej czarodziejskim świetle. Przytaknąłem ruchem głowy, a ojciec uśmiechnął się.
- No, dobrze, a wiesz, jaką mam dla ciebie niespodziankę? – zapytał. Milcząco pokręciłem głową.
- Przyjęte jest, że osoba, która po raz pierwszy odwiedza to miejsce, musi wybrać sobie dowolną książkę i przyjąć ją pod swoją opiekę, zaadoptować ją, tak by nigdy nie dotknęło jej zapomnienie. To bardzo ważne przyrzeczenie. Na całe życie – dodał mój ojciec. – A dziś ty musisz dokonać wyboru.
Przez niespełna pół godziny błądziłem po zakamarkach tego labiryntu, nad którym unosiła się woń starego papieru, kurzu i magii. Pozwalałem swoim dłoniom wędrować po niekończących się rzędach wystających grzbietów, kusząc los, żeby pokierował moim wyborem. Zerkałem na spło-wiałe tytuły, słowa w rozpoznawanych przeze mnie językach i w wielu innych językach, których nie byłem zdolny czemukolwiek przyporządkować. Kręciłem się po korytarzach i spiralach tuneli zapełnionych setkami, tysiącami tomów sprawiających wrażenie, że wiedzą o mnie więcej niż ja o nich. Dość szybko zawładnęła mną myśl, iż pod okładką każdej z tych książek czeka na odkrycie bezkresny wszechświat, podczas gdy za tymi murami życie upływa ludziom na futbolowych wieczorach, na radiowych serialach, na własnym pępku i tyle. I może ta myśl albo przypadek czy też los, powinowaty przypadku, sprawiły, że w tej samej chwili już byłem przekonany i właśnie wybrałem książkę do adopcji. A raczej książkę, która mnie usynowi. Wystawała niepozornie ze skraju jednego z regałów, oprawiona w skórę barwy czerwonego wina, i wyszeptywała swój tytuł złotymi literami płonącymi w spływającym spod kopuły świetle. Podszedłem do niej i dotknąłem opuszkami palców słów, czytając w milczeniu: Cień wiatru JULIAN CARAX
Ani tytuł, ani nazwisko autora nigdy nawet nie obiły mi się o uszy, ale nic tam. Decyzja została już podjęta. Przez jedną i drugą stronę. Najostrożniej, jak mogłem, wziąłem książkę do ręki i przekartkowałem ją, wprowadzając w trzepot jej strony. Opuściwszy swą klatkę, wreszcie wolna, rozbłysła fajerwerkiem złotego pyłu. W pełni zadowolony z wyboru, ruszyłem labiryntem w drogę powrotną, ściskając książkę pod pachą i nie kryjąc radości. Może całkiem mnie urzekła magiczna atmosfera tego miejsca, ale byłem święcie przekonany, że ta książka czekała na mnie już od dawna, bardzo możliwe, że czekała już na mnie, zanim w ogóle przyszedłem na świat.
Tego samego dnia po południu, wróciwszy już do mieszkania przy ulicy Santa Ana, zamknąłem się w swym pokoju i postanowiłem zapoznać się z początkowymi stronami mojego nowego przyjaciela. Zanim się obejrzałem, lektura pochłonęła mnie już całkowicie i nieodwołalnie. (…)