Tag Archives: W. Śliwiński

Siun-mao czyli misiokot

Mają biało- żółte futerko z czarnym wykończeniem. Spojrzenie, tak rozbrajające, że nie sposób, nie zakochać się w tym zwierzaku od pierwszego wejrzenia. Jest drapieżnikiem, ale patrząc na jego niezdarność ma się ochotę przytulić do niego jak do wielkiego pluszaka. Panda wielka – ailuropoda melanoleuca – inaczej niedźwiedź bambusowy, a po chińsku po prostu siun-mao czyli misiokot. Pomimo przystosowania żołądka bardziej do trawienia mięsa niż roślin, jest wegetarianinem z konieczności. W środowisku naturalnym bardzo trudno jest jej cokolwiek upolować, stąd też od lat ze smakiem zajada pędy bambusa. Dziennie pożera do 40 kg tego przysmaku, na poszukiwanie którego przeznacza aż 16 godzin.  Jest bardzo wybredna – bowiem nie każdy gatunek jej smakuje. Niestety, kurczenie się lasów bambusowych spowodowane wymieraniem bądź wycinką pod pola uprawne coraz bardziej zawęża siedliska pandy a tym samym jego populacje – panda jest bowiem ssakiem terytorialnym potrzebującym do przeżycia i rozrodu rewir o powierzchni ok. 5 km².

Do zmniejszenia populacji niedźwiadka przyczynia się także, a może przede wszystkim kłusownictwo! Niemniej, dzięki wielu programom reprodukcyjnym i ochronnym, póki co, udało się powstrzymać tendencję ujemną i powoli populacja tego sympatycznego niedźwiadka – znajdującego się jednak wciąż w czerwonej księdze gatunków zagrożonych – wzrasta. W stanie naturalnym pandę, która niegdyś zamieszkiwała dość znaczne obszary górskie w Azji, można spotkać jeszcze w niektórych lasach bambusowych rosnących na wysokości 1600 do 3500 m. n.p.m. – jedynie zimą schodzi niżej, na wysokość 800 m. n.p.m. Obecnie rejon jej występowania został ograniczony wyłącznie do trzech chińskich prowincji Shaanxi, Gansu i Syczuanu. Właśnie w tym ostatnim powstało w ostatnich latach wiele rezerwatów i ośrodków reprodukcyjnych.

Mimo, że jak wiadomo w wielu kwestiach Państwo Środka jest na bakier ze światowymi tendencjami takimi jak poszanowanie godności i praw człowieka, wolności słowa, a także ekologią (vide wielka tama na rzece Jangcy), to widać ochronę pandy wzięło sobie głęboko do serca. Ten przesympatyczny ssak nie tyle był maskotką ostatnich Letnich Igrzysk Olimpijskich, ale stał się przede wszystkim Symbolem Narodowym. Biorąc to wszystko pod uwagę nie może dziwić, że rezerwaty czy ośrodki reprodukcyjne pandy w Chinach są wręcz wzorcowe! W stolicy prowincji Syczuan, Chengdu, na obrzeżach miasta znajduję się na rozległym terenie Instytut Hodowli Pandy,  gdzie w stanie zbliżonym  do naturalnego można bezpośrednio podziwiać te rozkoszne misie.

Wielka dbałość o szczegóły, może wręcz turystę wprawić w osłupienie: multimedialne muzeum, ścieżki dydaktyczne, ambulatorium, kuchnia, a nade wszystko ekskluzywna toaleta dla zwiedzających – muszą robić wrażenie. No, ale rzecz jasna Instytut to nie tylko muzeum czy eleganckie toalety, których może pozazdrościć nawet najwykwintniejsza restauracja – to przede wszystkim wygodne wybiegi dla misiów oraz w niczym nieskrępowana możliwość ich obserwacji. Według sugestii zamieszczonej na portalu www.travelchinaguide.com – zalecany czas pobytu w Instytucie to 2 godziny… ale… misie są tak słodkie i czarujące, że wprost nie można od nich oderwać oczu… Zwłaszcza, że oprócz pandy wielkiej – tej do której przywykliśmy – Instytut „na stanie” ma również kilka pand czerwonych, które absolutnie jednak pandy nie przypominają. Są znacznie od nich mniejsze (ich waga to przeciętnie 5 kilo) a wyglądem – jak widać – są raczej bardziej podobne do szopa czy lisa. Zresztą, swego czasu jej chińska nazwa została omyłkowo przetłumaczona na angielski jako firefox i nomen omen, to właśnie od niej  pochodzi nazwa popularnej przeglądarki internetowej.

Z małą czerwoną pandą można sobie na miejscu, już za równowartość 40 zł zrobić zdjęcie własnym aparatem. Mimo dość zaporowej ceny, chętnych na foto nie brakuje… Natomiast z pandą klasyczną (o ile nie ma się możliwości wyjazdu do kraju pochodzenia), można się spotkać oko w oko w Europie w dwóch ogrodach zoologicznych: w Wiedniu i w Berlinie. Wydaje się, że nie ma zwierzaka, który dorównałby pandzie w popularności, sympatii i wykorzystaniu swojego wizerunku. Panda znalazła się w logotypie założonej w 1961 roku organizacji ekologicznej „World Wildlife Fund” (WWF). Wykorzystują ją także przeróżne firmy, nawet takie, które na co dzień raczej – prócz marketingu – niewiele z misiem mają wspólnego (patrz zdjęcie autokaru). Nie tak dawno panda wystąpiła również w przesympatycznej reklamówce znanego przewoźnika Finnair.

Dorosły osobnik waży od 75 do 115 kilogramów, ma do 1,5 metra długości, w kłębie do 80 cm i może dożyć 30 lat. Szacuje się, że na chwilę obecną populacja pandy wynosi około jednego tysiąca osobników, z czego 60% przebywa w rezerwatach i liczba ta rośnie.  Czy możemy w jakikolwiek sposób przyczynić się aby zachować tę optymistyczną tendencję? Otóż bardzo prosto! Choć na wymienione  na początku przyczyny naturalne nie mamy zanadto wpływu, to warto wiedzieć, że do zagrożenia tego przesympatycznego gatunku przyczynia się jak wiadomo jego przepiękne futro misia (które już w starożytności uchodziło za niezwykle cenne) oraz nadal kwitnące zabobony w postaci wiary w nadzwyczajne walory prozdrowotne czy afrodyzjakowe quasi-farmaceutyków stworzonych na bazie tkanek pandy czy tygrysa – np. preparat TCM. Pomimo wielkiej uwagi jaką Chiny objęły ginący gatunek oraz kary śmierci – jaka w tym kraju grozi za zabicie pandy – kłusownictwo nadal tam kwitnie w najlepsze, gdyż… …wiadomo nie od dziś to POPYT KSZTAŁTUJE PODAŻ!

I nie chodzi w tym miejscu wyłącznie o pandę czy tygrysa, ale kształtując ten popyt miejmy także na uwadze i inne, mniej zagrożone gatunki, a także zwierzęta, które dla naszych kaprysów czy zabobonów są hodowane na przemysłową skalę. Nie ulegajmy takim przesądom i nie nabijajmy kabzy przeróżnym hochsztaplerom, wmawiającym nam, że po spożyciu cudownego specyfiku zawierającego chrząstkę rekina czy tran wielorybi odmłodniejemy a nasze kości będą bardziej niż nowe, i że włosy w cudowny sposób nam odrosną! Czytajmy uważnie skład preparatów i bojkotujmy te, które bazują na odzwierzęcych składnikach. Zdrowsi i piękniejsi raczej od nich nie będziemy – bo przed starzeniem się organizmu uciec się nie da. Natomiast na pewno dzięki naszej postawie uratujemy niejeden ginący gatunek… a i w kieszeni pozostanie wówczas trochę złotówek na przyjemności, ot choćby na bilet do wiedeńskiego czy berlińskiego zooparku – zwłaszcza, że nawet w zoo spojrzenie pandy jest po prostu bezcenne…

WOJCIECH ŚLIWIŃSKI
ZAKOPANE dn. 22 marca 2010 r.
fot. W. Śliwiński Chiny
www.wsliwinski.ws

Zakopiański marazm

Już w 1883 roku w Krakowie niejaki Józef Rostafiński opublikował niewielką broszurkę pt. „Jechać czy nie jechać w Tatry”. Pytanie aktualne do dziś. Przed 120 laty, autor broszury, który nie przepadał za góralami, starał się zrobić wszystko, aby skutecznie odstraszyć potencjalnych turystów.


I zaiste, trudno się z tym nie zgodzić – pytanie bowiem jest nadal aktualne, a może nawet bardziej niż kiedyś… Po ponad 400-letniej historii, miasto wciąż pozostaje jakby niezrealizowane, a bezradność kolejnych ekip rządzących jest wręcz legendarna. Tymczasem Zakopane „tonie” w powodzi nadmiernej deweloperskiej zabudowy, braku sensownych rozwiązań komunikacyjnych oraz kuriozalnego zanieczyszczenia!
Pisał niegdyś w swych listach wielki prześmiewca Makuszyński, a zarazem doskonały obserwator: Zakopane posiada jeden teatr, nigdy nieczynny, lecz stojący na wysokim poziomie, słynny kinematograf i cztery dancingi, elektrownię, tak dowcipnie urządzoną, że światło gaśnie co pół godziny, poza tym pomnik Jagiełły i rzecz w Zakopanem najpotrzebniejszą – cmentarz. Urok pobytu w Zakopanem na tym polega, że chodzi się tam zawsze pod górę i gdyby na olimpiadzie dopuszczono sztukę przejścia w zimie przez ulicę w Zakopanem bez wybicia sobie siedmiu przednich zębów, uzyskalibyśmy rekord świata.

Słynnemu kurortowi oprócz braku (w dalszym ciągu) bezstresowego dojazdu z Krakowa (samochód, kolej) brakuje też wewnątrz, podstawowej miejskiej infrastruktury: dworców z prawdziwego zdarzenia, dobrych rozwiązań komunikacyjnych, jakiegoś uniwersalnego obiektu sportowo-widowiskowego, a przede wszystkim nowoczesnej koncepcji rozwoju. A przecież gmina Zakopane to nie uboga krewna, którą można pomiatać. To przecież jedna z bogatszych gmin w Polsce! Poza tym są także różne dotacje unijne itp. Tymczasem miasto dalej właściwie prawie nic nie ma do zaoferowania, pomijając tradycyjne dziury w jezdniach pojawiające się jak krokusy po każdej zimie i wieszczące wiosnę. Niemniej tak naprawdę, to trudno w Zakopanem o prawdziwą wiosnę… Z wielkim bólem i trudem „urodził się” w końcu zakopiański Aquapark i wielka chwała za to wszystkim, którzy się do tego niebywałego sukcesu przyczynili, ale już słynny skądinąd doroczny festiwal „Ziem górskich” wciąż jak wiadomo odbywa się w starym, zetlałym namiocie – no widać może to taki już folklor być musi. A przecież odwiedzający miasto goście, chętnie (zwłaszcza kiedy pogoda często nie sprzyja) wybraliby się na jakiś koncert, sztukę, czy inną kulturalną imprezę.

Źle jest też porą zimową. Oprócz wielkiego zanieczyszczenia (bo ludzie wciąż wolą palić śmieciami i węglem, choć jest w Zakopanem i gaz i geotermia) okazuje się, że właściwie nie ma też za bardzo gdzie pojeździć… Słowacja i Austria kusi wspaniałymi ofertami zimowymi. Sąsiednie gminy także postawiły na sezon zimowy i prężnie się rozwijają. Jedynie w tzw „Zimowej stolicy Polski” ze stokami nadal krucho.
Kasprowy (pomimo licznych trudności w inwestycjach) i Szymoszkowa co prawda jako tako ratują tę sytuacje. Ale tak naprawdę Zakopanemu brakuje tzw „stoków rodzinnych”. Nosal jest zbyt stromy, a pod Nosalem to te poletka, to dobre ale wyłącznie do nauki. Gubałówka natomiast wciąż jak wiadomo jest zamknięta i raczej nic się nie zanosi na zmianę tego kilkuletniego Już pata. Kiedyś był jeszcze stok „Butorowski Wierch”. Niestety i po nim pozostał wyłącznie wyciąg. Można by co prawda było, przy odrobinie dobrej woli ze strony TPN oraz ekologów, lepiej zagospodarować pod kątem sportowym rejon Kasprowego Wierchu i korzystając ze wspaniałych warunków klimatyczno-panoramicznych stworzyć tam stację narciarską z prawdziwego zdarzenia… (więcej o tym tutaj) Niestety i to wydaje się być problemem nie do przeskoczenia.

Tymczasem gościom nadal (mimo biletów do kolejki z automatu) jedną z licznych atrakcji, wciąż pozostaje nadanie listu: Poczta znajduje się w środku miasta i jest miłym klubem, gdzie się wesoło spędza czas; nadanie listu poleconego trwa godzin dwanaście. Dlatego w Zakopanem szybko upływa życie.

Zatem co? Tak jak przed wojną, jedyną atrakcją nadal pozostają Krupówki, które jako tako zaspokoją potrzeby gawiedzi. No i w związku z tym, Makuszyński jest wciąż jak najbardziej aktualny: Czasem senne omroczenie otwiera oczy, w których błyska radosna iskierka nadziei, że Zakopane wreszcie się spali, bo gdzieś tam wybuchł pożar. Nic z tego. Władze miejskie zamiast kupić sto beczek benzyny i polać nią avenue de Krupówki, sprawiły znakomitą straż pożarną. Stąd zapewne pochodzi odwieczna do tych władz niechęć.

Swego czasu napisałem o Krupówkach tekst zatytułowany „Kolorowe jarmarki”, który ukazał się w Dzienniku Polskim oraz Tygodniku Podhalańskim – do ściągnięcia stąd. Upłynęło jednak już tyle lat i przykro, że i w tym temacie nic, nawet na jotę nie uległo zmianie! Co znamienne, władzy jakby obnośni handlarze „byle czym” nie przeszkadzają. Natomiast (o zgrozo) od kilku lat, dla odmiany, z wielką skrupulatnością reglamentują stoiska z regionalnymi wyrobami m.in. serkami tzw „oscypkami” – dlaczego? Któż na to pytanie odpowie? Niemniej tak czy inaczej, dzięki byłemu panu burmistrzowi, popularnie nazwanemu ABC1 Zakopane zawdzięcza przynajmniej jako tako wyglądającą główną ulicę miasta. Oczywiście – narzekając – można było po zerwaniu tradycyjnego asfaltu, pozostawić (gdzieniegdzie jedynie poprawiając) oryginalną kostkę granitową, która jak wiadomo jest trwalsza i piękniejsza niż bruk z kolorowej betonowej kostki. No ale cóż… było przepadło, a oryginalna kostka zapewne dziś komu innemu na zdrowie służy. Tak czy inaczej Krupówki przynajmniej dzięki temu liftingowi mniej więcej jakoś wyglądają. Szkoda tylko, że zamiast zająć się potrzebniejszymi sprawami miasto lekką ręką wywala 9 milionów złotych z ogonkiem.

Zdaje się, że cały błękitny świat gwiżdże i wrzeszczy. W Zakopanem bowiem dzieją się w tej godzinie ogromne historie. Postanowiono je wywrócić do góry nogami, wyrównać i podnieść z padołu. Europę robią z kocmołucha – pisał Makuszyński i trafił w samo sedno. Czy przejście było zatem potrzebne? Zdecydowanie nie! Można przecież było, póki co, po prostu, dla rozładowania ruchu postawić tam najzwyklejszą pod słońcem sygnalizacje świetlną. Natomiast docelowo, całkiem zamknąć dla ruchu historyczną ulicę Kościeliską i uczynić z niej deptak, a ruch kołowy puścić tyłem estakadą, która to tak czy inaczej wymaga gruntownego remont. To przecież kuriozalne aby pierwsza ulica Zakopanego, przy której znajdują się liczne zabytki: stary kościółek, pierwszy cmentarz oraz najstarsze góralskie chaty w dalszym ciągu służyła jako główny ciąg komunikacyjny w kierunku Chochołowa. Ale czy kogokolwiek w mieście zajmują takie mało istotne sprawy? Otóż poprzednia ekipa, zafundowała miastu projekt, a obecna zaś nie bez specyficznych problemów, a następnie fanfar i szampana, ukończyła budowę pierwszego podziemnego przejścia z dwoma windami na końcu słynnej promenady. Czy było to przejście potrzebne? – może zapytać ktoś ciekawie. A może bliżej prawdy byłoby zadać pytanie: kto na tym interesie cokolwiek zyskał? Budowa przejścia tradycyjnie przeciągała się utrudniając i tak niezbyt płynny ruch w mieście. Po odbiorze natomiast wyszły dodatkowo przeróżne prawne oraz techniczne nieprawidłowości. Przy czym po srogiej zimie okazało się, że kilka szyb osłaniających wejście nie wytrzymało górskiego klimatu.

„Nareszcie sami” – Okrzyk ten powtarzają ze szczęśliwym westchnieniem zakochani, częściej jednakże dobrzy ludzie, kiedy wreszcie goście szczęśliwie wyjechali. Można spokojnie pogadać i na niedawnych gościach powiesić kilka zdechłych psów, w przekonaniu słusznym i sprawiedliwym, że goście zrobią dokładnie to samo z niedawnymi gospodarzami. Jest to ceremoniał odwieczny i dotkliwa luka powstałaby w życiu towarzyskim, gdyby go zaniechano. Powtarza się on dwukrotnie w ciągu roku w Zakopanem, po obydwóch tak zwanych: sezonach. Przewali się przez nie kilkanaście tysięcy ludzi, wytęsknionych, wyczekiwanych, wymodlonych – i upragnionych. Ci, którzy żyją z tego najazdu, pragnęliby, aby ten ciąg nie ustawał przez cały rok. Rwetes jednakże, który czynią goście, napełnia goryczą mrukliwe dusze owych zakopiańców, co by pragnęli być sami w swoim górskim królestwie.

Zakopiańczyków, którzy bezpośrednio z turystyki nie żyją, męczy ten tłum. Goście, dzięki którym cały region się jako tako utrzymuje, liczyliby jednak na większą atencję ze strony gospodarzy terenu, a nie tylko „zdzierania haraczu” w postaci obowiązkowej opłaty miejscowej… Niemniej – nie narzekajmy – powoli jednak coś się zmienia na lepsze. Zakopane doczekało się po wielu, wielu latach w końcu gazyfikacji. Jest też (mająca być swego czasu panaceum na wszystko) geotermia. No ale co z tego, jak większość ludzi wybiera alternatywne źródła energii cieplnej: palenie śmieciami bądź węglem. Niestety geotermia (w trochę w większym zakresie gaz) znajduje się wyłącznie w obrębie ścisłego centrum i wcale nie jest taka tania jak niegdyś obiecywano. Dlaczego geotermia jest w cenie gazu i dlaczego zarządzająca nią spółka wciąż przynosi straty… – trudno doprawdy dociec. Od czasu do czasu pojawiają się też śmiałe koncepcje i bardzo pomysłowe wizje. Przed wojną takie odważne rozwiązania były z powodzeniem realizowane, dziś w tym względzie jest raczej gorzej niż źle. Proszę spojrzeć, tylko dzięki wspaniałemu wizjonerstwu pana Bobkowskiego i jego determinacji, przedwojenne Zakopane (a i z nim cała Polska) zawdzięcza postawienie w niecały rok, w trudnych warunkach zimowych kolejki z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Materiały o kolejce oraz przedwojennej turystyce są do ściągnięcia stąd, oraz stąd.

Przy czym warto podkreślić, że ww. pan Bobkowski niezadowolony ówczesnym tempem podróży pociągiem do Zakopanego z Krakowa wynoszącym 2,5 godziny (nomen omen absolutnie nie osiągalnym dzisiaj), miał w planach skrócić go do 1,5 godziny. I zapewne gdyby nie wojna, ten postulat już dawno byłby zrealizowany! Dziś do Zakopanego samochodem jedziemy częściowo całkiem znośnie (przynajmniej do Lubonia), ale do końca pozostało jednak dużo przeszkód, (w tym protesty niektórych grup) z którymi obecne władze dość kiepsko sobie radzą. Natomiast o szybkiej kolei z Krakowa, nadal można tylko słodko w wolnej chwili pomarzyć. Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce…

W samym Zakopanem także jest sporo do zrobienia jeśli chodzi o komunikacje. Cały czas jest otwarty problem parkingów oraz komunikacji miejskiej. Niemniej, co warto podkreślić, interesujących pomysłów na szczęście nie brak. Ale cóż z tego, kiedy nie są one nawet w 10% realizowane. Swego czasu, był kiedyś odważny, futurystyczny i warty realizacji, pomysł na zastąpienie obecnej komunikacji podwieszaną kolejką gondolową, która rozwoziłaby pasażerów w różne zakątki miasta, a jednoczenie byłaby dla gości wielką atrakcją turystyczną. Niestety, nie został on chyba przez „miłościwie nam panujących” na serio potraktowany, a wielka szkoda… A tak btw, na fantastyczny pomysł aby „rozruszać” gospodarkę wpadło rumuńskie miasto Piatra Neamt – więcej o tym tutaj.

Ale nie ze wszystkim jest do końca źle. Nie brakuje bowiem w Zakopanem nadmiernej zabudowy i licznych samowoli budowlanych, które pomimo licznych narzędzi administracyjnych, wyroków sądowych mają się jak najbardziej w najlepsze, a demokratycznie wybrana władza, podpierając się najwidoczniej optymizmem Makuszyńskiego, bezradnie rozkłada wciąż ręce… Zakopane ze względu na nieporównane swoje zalety, szczególnie zaś z powodu swoich cudów architektonicznych, jest tłumnie odwiedzane; przybysze oglądają ze zdumieniem wysokie domy wesoło przybudowane do kozich stajen i wspaniałe parkany, zygzakiem się wijące; objawia się w tym niezwykła artystyczna fantazja ludu i chęć utrzymania sielskiego charakteru Zakopanego. Nic dodać, nic ująć.
Wojciech Śliwiński
Zakopane dnia, 20 maja 2009
www.sliwinski.ws
fot1. Kinga Zakopane widok z Gubałówki
fot2. Psi Ząb Gubałówka

Ekologia po chińsku

W XXI wieku, nikt chyba o zdrowych zmysłach nie neguje potrzeby ochrony przyrody. Jesteśmy jej integralną częścią i tak jak staramy się dbać o naszą kondycje psycho-fizyczną, naturalną potrzebą jest zadbanie również i o nasze otoczenie. Rządy, organizacje, a także (a może przede wszystkim?) obrotni przedsiębiorcy dokonują tego w przeróżny sposób, od zmuszania nas do zakupu niby ekologicznych żarników po bardziej sensowne i pomocne otoczeniu rozwiązania np. elektryczne samochody, które już w niedalekiej przyszłości będą jeździć po Izraelu – O żarówkach. Odrębnym, ale bardzo istotnym elementem jest również zachowanie pewnej staranności przy ochronie tzw pomników przyrody, parków narodowych, obszarów o szczególnych walorach krajobrazowo – przyrodniczych, które z jednej strony MUSZĄ BYĆ CHRONIONE – to nie podlega żadnej dyskusji – ale z drugiej strony MUSZĄ BYĆ UDOSTĘPNIANE! Jak to pogodzić?

Różne były i są nadal koncepcje ochrony polskich Tatr przed inwazją turystów i infrastrukturą techniczną. Pisałem już wcześniej w jaki sposób można by było jednocześnie udostępniać, a z drugiej strony chronić.

W czasie pobytu w Chinach, przekonałem się, że nie odkryłem Ameryki, taki model z powodzeniem stosowany jest np. w słynnych Żółtych Górach „Huang Shan” w południowo-wschodniej części państwa. Huang Shan – od 1990 roku wpisane na listę UNESCO – od wieków swym tajemniczym pięknem były natchnieniem dla cesarzy, poetów, malarzy jak i również zwykłych ludzi. Dlatego dzisiaj Żółte Góry, są turystyczną Mekką, nie ustępującą w niczym rodzimemu Kasprowemu czy Morskiemu Oku. W sezonie tysiące ludzi w tłumie, jazgocie i upale podziwia naturę, mimo to góry trwają i żadna krzywda przyrodzie się nie dzieje. Ale od początku.


Niestety wstęp do Narodowego Parku jak i sama kolejka nie jest tani. Przyjemność zwiedzania została wyceniona przez dyrekcję na (sic!) 230 yuanów w sezonie i poza sezonem na 150 czyli odpowiednio wg obecnego kursu na 100/65 złotych. Wyjazd kolejką to z kolei wydatek rzędu 35 zł w jedną stronę. Oczywiście, nikt wyjeżdżać kolejką nie każe, można kilka kilometrów stromymi schodami wykutymi w skale wdrapać się na szczyt, pokonując tym samym, dość znaczną różnicę wzniesień. Co od razu rzuca się w oczy: wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane i przygotowane na przyjęcie tak olbrzymiej ilości górskich entuzjastów. Co kawałek ustawione są kosze na śmieci, od czasu do czasu pojawiają się też wkomponowane w teren eleganckie i czyste toalety. Co kilkaset metrów turysta ma też możliwość odpocząć i posilić się w przydrożnych bufetach zaopatrzonych w podstawowe produkty – rzecz jasna im wyżej, tym produkty droższe, bo wszystko wynoszą tam tragarze. Nawet jeśli się człowiek zmęczy, to także tragedii nie ma. Tragarze chętnie opadłego z sił delikwenta wyniosą lub zniosą lektyką. Przyjemność ta nie jest co prawda tania, ale czy w Żółtych Górach to może dziwić? Z drugiej strony te 100 czy 200 zł (w zależności od odległości) przy cenie wstępu to chyba i tak niewiele? Po drodze zachwyca też niezwykła dbałość o detale: barierki, ukryte rury, przewody… Nie chcę się silić nawet na porównanie z TPN – bo tutaj po prostu nie ma co porównywać! Gołym okiem widać, że przyroda Gór Żółtych jest należycie chroniona, konkretnymi rozwiązaniami, a nie pustosłowiem!

Oczywiście, nie ma dymu bez ognia, dostrzegam też i tego minusy. Korzystając z kolejek wszystko można z powodzeniem zwiedzić w ciągu jednego dnia. Chcąc jednak dłużej nacieszyć się widokami, należy zatrzymać się na górze w jednym z kilku hoteli, ale ponieważ nie są one tanie, istnieje też możliwość rozbicia obok nich namiotu. Fakt hotele trochę jednak szpecą krajobraz, niemniej na pewno w niczym przyrodzie nie szkodzą. Kanalizacja sprytnie zamaskowana (vide fotki) i wszelkie turystyczne nieczystości odprowadzane są poza park. Nie ma też problemu ze śmieciami, choć jak wiadomo Chińczycy czystością nie grzeszą. Jak widać i na to dyrekcja parku znalazła remedium – zatrudniła po prostu ekipę sprzątającą, która wszystkie szlaki immanentnie monitoruje i oczyszcza, że nawet małego papierka na swej ścieżce nie uświadczysz. Cały teren jest poza tym pod kontrolą przez strażników i służby ratunkowe. Czy tak jest w polskich górach?

A teraz podsumujmy: 1-wpływy do budżetu z biletów z całą pewnością olbrzymie, 2-turyści wszystko mają podstawione niemalże pod nos, 3-miejscowi mają zatrudnienie, 4-ponieważ szlaki są ściśle wytyczone i nie ma możliwości z nich schodzenia, zwierzyna i roślinność mają zatem święty spokój. Moim zdaniem tak powinno być w każdym nazbyt popularnym rezerwacie! Oczywiście, nie ma dymu bez ognia, dostrzegam też i tego minusy.

Otóż, w tak zorganizowanym parku nie ma bowiem szans na beztroskie wałęsanie się po skałkach, lesie, na prawdziwy odpoczynek, romantyzm, samotność… Wszystko tam zostało zaaranżowane jak w muzeum, gdzie chodzisz i niczego dotknąć, i człowiek musi poruszać się wyznaczoną trasą, a poza tym ten niemiłosierny ścisk, jak swego czasu w Krakowie podczas wystawy prac Chagall’a. Niemniej, moim zdaniem nie ma innej możliwości, aby motłoch nie zadeptał przyrody o szczególnych walorach! No bo jaka może być inna? Podnieść jeszcze drastyczniej i tak wysokie opłaty za wejście czy limitować ilość turystów nad czym cały czas zastanawia się nasz TPN? Owszem, można by było w ten sposób, ale… gdzie wtedy by znalazła się idea udostępniania narodowi jego dziedzictwa przyrodniczego? Park Narodowy byłby w takim układzie wyłącznie dla osób zamożnych lub/i mających szczęście we wciśnięciu się w wyznaczony odgórnie limit… Niestety, tam gdzie istnieją miejsca wyjątkowo tłumnie odwiedzane, moim zdaniem nie ma innej możliwości, jak turystyką w takim miejscu właściwie pokierować, tak aby zapanować nad „dzikim” tłumem.

W polskich Tatrach od lat aż się prosi aby tak właśnie zrobić. Zmodernizować Kasprowy Wierch (wyciągi, infrastruktura narciarsko-gastronomiczna), pociągnąć elektryczną kolejkę do polskiej Mekki: Morskiego Oka, pozostawić ponadto do zwiedzania parę popularnych miejsc np. Giewont oraz kilka dolinek, a resztę całkowicie wyłączyć z udostępniania. Amen

WOJCIECH ŚLIWIŃSKI

Zakopane, dnia 27 stycznia 2010
www.sliwinski.ws